Siedzę w domu, macierzyński ucieka, mam mnóstwo wolnego czasu i twórczej energii. To idealny czas na rozkręcenie biznesu. Będę miała satysfakcję z rozwoju, wspomogę domowy budżet, zapewnię dzieciom najlepszą opiekę, rozwinę skrzydła, stworzę sobie miejsce pracy idealne dla mnie i będę miała gdzie się realizować na pełen etat, gdy przyjdzie już na to czas.

Eheee…

Te z Was, które próbowały zrobić coś poza kaszą na śniadanie, wiedzą, że to nie takie proste. Opieka nad dzieckiem to już jakieś dwa pełne etaty, ogarnięcie domu kolejne półtora. Dodaj do tego choroby, nieprzespane noce, skoki rozwojowe, ząbkowanie, długie godziny karmienia i mnóstwo innych kwestii. Jesteś jakieś trzy doby w plecy. Dziecko to szef wszystkich szefów – gra na emocjach, nie znosi sprzeciwu, nie daje urlopu i zaraz po przecięciu pępowiny podpisuje z matką umowę o zakazie konkurencji.

Niemniej ja wierzę, że jeśli tylko gdzieś tam na dnie matczynego umysłu kołacze się myśl o własnej firmie, o jakimś projekcie do zrealizowania, umiejętności do ogarnięcia – to trzeba spróbować. Nie będzie to od razu oszałamiający sukces, spektakularny zysk, wielka skala – ale będzie to dobry początek. Początek, z którego można będzie wyczarować cuda. Co zrobię, by wierzyć w te cuda, zacząć i uskuteczniać z powodzeniem pracę w domu? Pięć najważniejszych, fundamentalnych patentów.

 

1. Moja praca jest ważna.

Na początku to tylko projekt, może nawet niedochodowy. Łatwo wpaść w pułapkę umniejszania jego roli. Nie dać sobie czasu, nie poprosić o pomoc, czasem nawet nie zdradzić się nigdzie i nikomu ze swojego pomysłu. A żeby coś zdziałać, nabrać wiatru w żagle, osiągnąć pierwsze sukcesy – potrzebny będzie czas. Czas i wsparcie. Siadam i wypisuję kilka powodów, dla których mój pomysł jest ważny i sensowny dla mnie i dla nas wszystkich. Nagle tych powodów jest 10, 15, 30. Wierzę, przekonuję ojca mych dzieci, przekonuje dzieci – mam ekipę, mam doping, mam siłę. Zaczynam.

 

2. Zaczynam z niczym.

Zwykle początek będzie najbardziej amatorski z możliwych. Ale zaczynam tu gdzie jestem, z tym co mam. Nie zniechęcam się brakiem sprzętu, brakiem czasu, brakiem umiejętności, biura, kontaktów i tysiącem innych braków. Dziecko to też taki projekt „coś z niczego” i zobacz, jak profesjonalnie mi wyszedł.

Na zachętę krótka historia: ja, przedszkolak, nieznośna ciąża i zaraz bardzo znośne niemowlę, małe mieszkanko w Gdańsku, mąż wierzący w moje pomysły, współpraca z zaprzyjaźnionym, rodzinnym tartakiem i myk. Po amatorsku, po godzinach, po porannych mdłościach udało się nam wszystkim stworzyć wzór drewnianych klocków, który zaczął się świetnie sprzedawać. Sukces przerósł oczekiwania do tego stopnia, że musieliśmy zawiesić tę gałąź naszego biznesu – nie jesteśmy już w stanie dotychczasową metodą sprostać zapotrzebowaniu. Może wrócimy do tematu, gdy znajdziemy czas i sposób na usprawnienie produkcji, bo nasz handmade niestety zupełnie się nie skaluje. Doświadczenie, zbadanie potrzeb klienta, uruchomienie zasobów, nauka marketingu, wiara w swoje siły sprawcze – wiele tematów udało się nieco poznać – to nie do przecenienia. Skoro ja miałam fabrykę zabawek w kącie salonu – to naprawdę można wszystko.

 

3. Można wszystko, tylko nie wszystko na raz.

Potrzebny mi będzie plan – plan pełen luk. Te luki to migrena po całym dniu krzyków wkurzonego ząbkowaniem dziecka, to jelitówka, która zasieje pogrom na tydzień, to strój pszczoły, który potrzebny jest na przedstawienie baletowe. Same wiecie, ile nieprzewidzianych sytuacji na minutę może wydarzyć się, gdy współpracujemy z nieletnimi. Nie sztuką jest stworzyć piękny, wypakowany konkretami plan działania – sztuką jest stworzyć taki, który ma szanse na realizację. To nic, że na początek będzie to jedno zadanie na tydzień. Wyznaczenie priorytetów, nawet skromnych na początek, uwalnia od ciężaru, który przygniata, gdy nikniemy w bezczynności czując, że przecież nie możemy zrobić wszystkiego. Grunt, by zacząć, wykonać, nauczyć się czegoś, wyciągnąć wnioski i działać dalej. Polecam podcast Michała Szafrańskiego o realizacji celów – on realizuje najwyżej jeden duży projekt na kwartał i jeszcze planuje sobie miesiąc odpoczynku po zakończonej pracy. To i ja realizując marzenia ściągam je z pułapu mrzonek i realistycznie wbijam w kalendarz.

 

4. Mam swój kalendarz.

Mój! Multitasking jest przereklamowany, wielozadaniowość uznaję, gdy chodzi o to, że pralka pierze w tym samym czasie co zmywarka myje naczynia. Pracy, nowemu projektowi, rozkręcaniu biznesu trzeba się oddać w stu procentach. Można czasem ogarnąć coś z dzieckiem u boku, podczas spaceru zajść na pocztę, odpisać na kilka wiadomości siedząc w piaskownicy – ale niewiele więcej! Trzeba tak zorganizować kalendarz, żeby znalazł się w nim czas na spokojne i wyłączne realizowanie planów zawodowych. Na pewno macie swoje sprawdzone sposoby na sprawne ogarnięcie zakupów, na szybsze planowanie posiłków, wiecie gdzie on-line można uzupełnić brak w dziecięcej garderobie. Niech te wszystkie patenty, tipy i usprawnienia działają na korzyść waszych celów. Cały zaoszczędzony (własnym i rodzinnym wysiłkiem) czas przeznaczcie na swój projekt. Pisanie jedną ręką a drugą budowanie z Lego jest frustrujące i nieefektywne. Lepiej być na 100% z dzieckiem i na 100% w pracy – choćby przez krótszą chwilę. U mnie sprawdza się praca w małych blokach czasowych. Kwadrans lepię z plasteliny, kwadrans projektuję plakat. Ale gdy projektuję nie obchodzi mnie dziecięca chęć na koktajl z mango.

 

5. Nie obchodzi mnie czyjś sprzeciw.

Bo sprzeciw pewnie będzie. Może to mina męża zmęczonego po pracy, który wolałby dużą kawę i wygodny fotel od przejęcia wyłącznej opieki nad dzieckiem. Może to teściowa, która nie wyobraża sobie, żeby w domu nie serwować codziennie dwudaniowych, tradycyjnych obiadów. Może to dziecko przyzwyczajone do obecności mamy i głośno protestujące, gdy ta znika za biurkiem. Albo własne przekonania zakopane gdzie głęboko w podświadomości i torpedujące ambitne pomysły. Nie chcę jednak robić sobie z tego wszystkiego alibi. Chcę być zdeterminowana i pewna swoich celów. Nie zrezygnuję z siebie, choć czasem wymaga to ostrej walki z sobą, z przeciwnościami losu, z bliskimi nawet. Nie myślę, o tym co inni tracą, gdy ja zabieram się za pracę. Myślę o tym, ile inspiracji, dobrej atmosfery, pieniędzy, czasu, wsparcia, doświadczeń, dobrych relacji i innych dóbr zyskają, gdy ja odniosę swój zaprojektowany w głowie sukces.

 

Domowe ciasteczka kontra przyjęte zlecenie, popołudnie na placu zabaw kontra własny produkt, czytanie wierszyków kontra szkolenie. To nie jest proste. Ani w sferze planowania, ani wyborów, ani urzeczywistniania. Czy może tylko tak mi się wydaje?