Macierzyństwo rozpycha się łokciami w naszym życiu, jak bobas piętą pod żebrami jeszcze przed pojawieniem w naszym świecie.

Może ząbkujący niemowlak chce spędzać czas tylko w twoich ramionach. Może starszak objawił jakiś talent lub ogłosił pełne zaangażowanie w rozwój jakiejś pasji i jeździsz pięć razy w tygodniu posiedzieć dwie godziny pod kortem tenisowym lub salą baletową. Może okazało się, że dziecko musi odstawić gluten i laktozę i spędzasz po kilka godzin dziennie w kuchni, by nauczyć się robić cokolwiek, co niechętny do zmian człowiek zechce zjeść. Realia i przyczyny mogą się mnożyć w różnorodne typy i w nieskończoność wykraczając daleko poza czas noworodkowo-połogowy i zaskakując po raz kolejny, gdy wszystko wydaje się być wreszcie poukładane.

 

Macierzyństwo daje wiele, ale i stawia sporo szlabanów. I właśnie wtedy, gdzieś tam pod murem, za zamkniętymi przed nosem drzwiami i spod rąk unieruchomionych ciastoliną wyklikamy, posłuchamy, obejrzymy, przypomnimy sobie…

Przypomnimy sobie, że nigdy w dzieciństwie nie widziałyśmy własnej mamy, ciotki i babci jak odpoczywają, oddają się nieproduktywnym pasjom lub dbają o własne potrzeby. Obejrzymy serię zdjęć instamateczek, które wyglądają, ćwiczą, nieziemsko gotują, podróżują, robią zawrotne kariery, a wszystko to z trójką dzieci pod opieką i na tle wypolerowanego marmuru. Posłuchamy motywacyjnych rad dietetyków, sportowców, doradców, psychologów, którzy uzasadnią nam co koniecznie, jak najlepiej, dlaczego, i że na pewno się da.

Może każda z nas nieświadomie przykłada do tego zjawiska rękę. Rękę, nogę, biust, brzuch i wszystko czym dysponuje. Może wtedy, gdy opowiadamy z uśmiechem, że do spania kolejny rok można się przyzwyczaić. Może wtedy, gdy dobrze znosimy połóg i w tydzień po porodzie wracamy do pracy w telewizyjnym programie emitowanym na żywo. Może wtedy, gdy chcąc podzielić się inspiracją lub twórczą energią publikuję teksty: Dlaczego własna firma to opcja dobra dla matek?, Jak zacząć pracę opiekując się dzieckiem w domu?, Jak nie skretynieć na macierzyńskim?, O szukaniu swojej niszy, czyli w czym się specjalizować.

Napływają do nas rady, przytyki, inspiracje, przestrogi, budzą się ambicje i motywacja. Kto nie idzie do przodu, ten się cofa. Makijaż to przecież 10 minut i bez przesady, że nie masz dziesięciu minut. Dziecko kiedyś przestanie cię potrzebować, a ty zostaniesz sama w domu z niczym. Macierzyński to idealny czas na rozwój biznesu. Brzuch po ciąży może wyglądać lepiej niż przed, gdy się tylko chce. I jeśli tego potrzebujesz – porad, trików, inspiracji, dopingu, wiedzy, rozwoju – bez problemu to znajdziesz. Wszędzie.

 

Ale może potrzebujesz oddechu, odpoczynku, luzu, skupienia na macierzyńskim priorytecie, odpuszczenia sobie i wygodnych spodni dresowych?

Mam kilka argumentów i rozgrzeszających hipotez.

1. Zdrowie!

Nie mam medycznego wykształcenia, nie będę więc silić się na opis najczęstszych dolegliwości, które można sobie zafundować przepracowaniem, niewyspaniem, stresem i brakiem dbałości o własne potrzeby, ani straszyć tym, jak w takich warunkach spada jakość twojej opieki nad dzieckiem czy koncentracja choćby podczas prowadzenia samochodu. Znam jednak jeden flagowy przypadek – mój własny.

W pierwszej ciąży dość długo pracowałam, więc dopadło mnie dopiero kilka miesięcy po porodzie, gdy opadł strach, że popsuję dziecko i na pierwszy plan wkroczyło przekonanie, że ja nie mam żadnego życia poza tym matkowaniem. Wtedy wrzucałam sobie w całodobowy grafik matki zlecenia do realizacji. Miało to błahy sens finansowy i zabrało mi mnóstwo energii i radości dając w zamian trochę nerwowej atmosfery. W drugiej ciąży czułam się znacznie gorzej i szybko przestałam pracować, więc uczucie bycia nieproduktywnym leniem dopadło mnie znacznie szybciej. Wtedy w tej półleżącej pozycji do życia poza młodszą córką powoływałam firmę. I może nie żałuję tej decyzji, bo moja aktualna sytuacja zawodowa powoduje, iż nie robi na mnie wrażenia fakt, że zakatarzona Michaśka jest w przedszkolu pięć dni w miesiącu, ale powinnam była robić to inaczej i ze znacznie mniejszym rozmachem. Praca całymi długimi wieczorami pomimo prawie dwuletniego karmienia piersią i miliona pobudek w nocy, karmienie się ekscytującymi działaniami biznesowymi w miejsce zbilansowanych posiłków i przesiadywanie przy projektach i projekcikach zamiast solidnej dawki sportu. Nic mi nie było – byłam szczupła, zadowolona, przyzwyczajona do niewyspania, z prawidłową morfologią, pobudzona kawą i osiągnięciami oraz szczęśliwa, że spędzam z dziećmi tyle czasu, ile chcę i ile one potrzebują. Ale posypało się. Wpadłam w jakąś tajemniczą jeszcze nierównowagę hormonalną, a zjedzenie zdrowego lecz przypadkowo skomponowanego posiłku powoduje u mnie spadek poziomu cukru we krwi poniżej dopuszczalnych norm. Epizody okropnego samopoczucia (również psychicznego) powodują, że nie mogę niczego zaplanować, bo nie wiem jak się będę czuła. Mam dość restrykcyjną dietę, która jest super zdrowa, ale przykra, bo w zasadzie odpadają w moim przypadku hotele, restauracje, rodzinne obiadki, wszystko co przyjemne w rodzaju kawy, odrobiny alkoholu, tradycyjnego deseru lub na przykład czegoś z ziemniakami czy zwykłą mąką. Jak twierdzą lekarze to najprawdopodobniej wynik przemęczenia i stresu. A w moim życiu nie działo się nic poza zwykłym zmęczeniem, jakie odczuwać może każda mama i może lekkim poczuciem niezadowolenia z zestawienia oczekiwań i ambicji z tym, co udaje mi się zrobić w domu, w firmie i w życiu. Normalka prawda? Kto by pomyślał, że może zaowocować takim jak u mnie, czy innymi jeszcze skutkami, które zmienią jakość życia.

 

2. Już nigdy nie będzie drugiego takiego dnia.

Wspólny czas nie jest dobrem odnawialnym. Nie da się go przywrócić zdjęciem słodkiego niemowlaka, nie uda się go dokupić za zarobione pieniądze, nie poprawi się jego jakości wysiłkiem wkładanym bez przekonania w realizację wszelkich powinności. Chyba trudno to pojąć za pierwszym razem, gdy dzień z niemowlakiem wydaje się trwać tydzień i gdy uczymy się jak to jest, gdy czyjeś potrzeby pochłaniają wielką jak nigdy przestrzeń dotąd tylko naszego czasu. Bywa, że trudno jest się pogodzić z permanentnym bałaganem, zwolnieniem lub całkowitym zahamowaniem kariery zawodowej, ograniczeniami wszelkiego rodzaju. Jednak robienie z rodzinnego życia wiecznego pola walki o dotrzymywanie obmyślonych standardów zabiera tak wiele, że porównanie do wojny wydaje się być trafione. Negatywne emocje, stres, który przejmują też inni domownicy, nieustanne poczucie niezadowolenia z niedoścignionych ideałów, nadszarpnięte relacje i osłabione więzi, zatarte wspomnienia, nieuważne podejście do teraźniejszości. Och, skutki mogą różne i idealnie będą pasować do zdania „żałuję, że kiedyś…”. Na pewno nie będzie to: za mało sprzątałam, zostawiłam dziecko tak krótko w przedszkolu, tak niewiele myślałam o pracy. Już nigdy nie będzie drugiego takiego dnia – warto się zastanowić, co tak naprawdę spowoduje, że poczujesz, że nie był on zmarnowany.

 

3. Nie można dawać czegoś, czego się nie ma.

Macierzyństwo to bardzo wymagająca rola. Ja tak uważam, choć obrazki jakie serwują nam na co dzień media społecznościowe, zdają się udowadniać coś innego. Nie będę udawała, że nieustanna opieka nad kimś innym, choćby to było właśnie najukochańsze dziecko i ciągła całodobowa gotowość do dostrzegania potrzeb innych oraz zaspokajanie ich poprzez częste odraczanie własnych przychodzą mi z wdziękiem i naturalnie. Często sama ze sobą dyskutuję, wspieram się literaturą i wykonuję ogrom pracy, żeby nie krzyczeć, żeby nie bagatelizować błahych dziecięcych problemów, żeby bez widocznego grymasu akceptować każdy etap rozwoju i dziecięce dojrzewanie do różnych zachowań i decyzji bez mojej presji.

Nie ma możliwości, żeby dać z siebie dziecku wystarczająco dużo, gdy samej ma się deficyty. To taka podwójna inwestycja – inwestujesz w swój odpoczynek – dajesz dziecku harmonię i spokój, pamiętasz o swoich potrzebach – bez wysiłku ofiarujesz dziecku pokłady budujących uczuć, dbasz o własny organizm – otaczasz ten mały wszystkim co najlepsze.

 

Może to, że wymyślono tak czasochłonne karmienie piersią, czy to że dziecko przez pierwsze lata życia tak często potrzebuje matki jest mechanizmem chroniącym też nasze życia. Może potrzebujemy tej koncentracji na naszym rodzinnym mikroświecie, na sygnałach, które małe dzieci wciąż do nas wysyłają i na tych, które wysyłają do nas nasze nadwyrężone produkowaniem nowego życia organizmy. Może twierdzenie, że z dzieckiem można wszystko jest prawdziwe, ale szkodliwe. Bo to, że można – nie powinno nam sugerować, że trzeba. Może dbanie o siebie w słowniku matki nie powinno obejmować dziedzin makijażu, kariery i rzeźbienia mięśni brzucha, a kierować się w stronę moszczenia się w nowej i wciąż zmieniającej się wraz z wiekiem dziecka roli matki, odpoczynku, relaksu, snu, zdrowego życia. Może organicznie potrzebujemy tego czasu na wolniejszych obrotach, tego bycia tu i teraz, tego skoncentrowania się i kolekcjonowania w sobie uciekających chwil.

Może to nie lenistwo – a dbanie o to, co najcenniejsze, nie egocentryzm – a skoncentrowanie się na tym, co najważniejsze i nie zawężone horyzonty – a odrzucenie wszystkiego, co nam szkodzi.