Wydaje mi się, że prawie zawsze gdy składam komuś spontaniczne życzenia, obok oczywistych „zdrowia i szczęścia” szybko dodaję „spełnienia”. To dla mnie bardzo pojemne słowo, choć mniej konkretne od pieniędzy lub miłości, które każdy życzeniobiorca brałby bez wahania. Mieści ono jednak wszystko czego potrzeba – bo człowiek spełniony, to taki, który kroczy wybraną przez siebie samego drogą, mija kolejne wyznaczone punkty docelowe i dość dobrze wie dokąd w ogóle chce dojść.

Być może możliwe jest, by poczuć spełnienie tak zupełnie przez przypadek, losowo, w wyniku sprzyjających życiowych wydarzeń. Wydaje mi się jednak, że zamiast czekać na dobre życzenia (takie jak te moje) lub przypływ szczęścia lepiej będzie wziąć sprawy w swoje ręce. Tylko jak?

 

 

Jak poczuć spełnienie?

Choć dla każdej z nas spełnienie będzie oznaczało coś innego, to wszystkie bardzo tego poczucia potrzebujemy. Żeby nabrać pewności, jak działać, by przybliżać się do realizacji tej potrzeby, można na zasadzie kontrastu wskazać, co na pewno będzie złym pomysłem. Brak celu, brak planu, brak samoświadomości – oto ryzykowne strategie. Tego rodzaju czekanie na to „co los da” to zostawienie łodzi, którą suniemy przez życie bez sternika. Trzymając się tej metafory – ryzykujemy, że ktoś inny pokieruje nami bez pytania o zgodę, że pływać będziemy w kółko, poczujemy się obco same ze sobą, że donikąd nie dotrzemy lub dotrzemy na skalistą wyspę bez ani jednej palemki, albo obudzimy się wśród sztormu zupełnie nie rozumiejąc, jakim cudem się w niego wpakowałyśmy. Musimy więc zadziałać odwrotnie. Alternatywa dla nieświadomego dryfowania przez życie brzmi prosto, choć prosta w realizacji nie jest.

Droga do spełnienia wygląda następująco:
– należy dowiedzieć się, czego się chce,
– następnie ustalić, jak się to osiągnie,
– a później po prostu działać.

 

Realizacja tego scenariusza jest pracą na wiele lat. Bo nawet, gdy zabierzemy się za jego realizację właśnie teraz, dzisiaj, od pierwszej kreski ołówkiem po kartce, to bazować będziemy na latach doświadczeń gromadzonych już od dzieciństwa, na swoich przekonaniach, cechach, predyspozycjach, sprawdzonych już scenariuszach. Wielokrotnie też będziemy wprowadzać korekty, zmieniać zdanie, dostosowywać się do zmian. Być może potrzeba tylko uporządkowania, podkreślenia najważniejszych zadań, jakiegoś czasu do namysłu – a równie możliwe, że będzie to praca od podstaw na sobą, nad samoświadomością, nad poszukiwaniem swojej drogi, nad wyznaczeniem misji. W zależności od miejsca, z którego startujesz różne mogą być Twoje potrzeby i źródła wsparcia, z których najbardziej oczywiste to rozmowa z kimś bliskim, czas na przemyślenia, blogi, książki, kursy, coaching.

 

Ja mam dziś dla Ciebie kilka patentów, które warto wziąć pod uwagę w tym całym procesie marszu po poczucie spełnienia. Zaczynamy.

 

1. Planowanie od końca.

Planowanie wstecz nie jest intuicyjne. Zwykle wolimy zapisać kolejne kroki w porządku chronologicznym – co zrobię dziś, co jutro, co za tydzień. Ten sposób sprawdza się przy prostych celach, np. przeprowadzeniu wiosennych porządków. Natomiast, gdy cel jest złożony i na przykład chcemy się przebranżowić i znaleźć nową pracę, wybudować dom lub założyć firmę nie będzie już tak efektywnie. Tradycyjne planowanie koncentruje nas na zadaniach, szczegółach i nie daje potrzebnej strategii, struktury, przemyślanej kolejności. Jak więc zrobić to lepiej?

– wyznacz jeden cel – konkret, do którego chcesz dojść, zapisz go i połóż przed sobą. Przesuń go jeszcze trochę dalej, w tej chwili nie jest w zasięgu ręki.

– zrób listę celów pośrednich – mniejszych etapów, które musisz pokonać, by zrealizować cel główny. Te małe cele zapisuj na małych karteczkach i nie martw się na razie o kolejność, a bardziej koncentruj się na wypisaniu wszystkiego o czym wiesz.

– uszereguj cele pośrednie w odpowiedniej kolejności. Może jeden wynika z drugiego, może konieczne jest pokonywanie etapów w określonym porządku, może chcesz zacząć od czegoś, co akurat teraz ma największy sens.

– wyznacz kilka pierwszych zadań. Karteczka, która leży najbliżej Ciebie, to Twój plan na dziś. Rozpisz ją na kolejne kroki (a te kroki na kolejne kroki, jeśli jest taka potrzeba), niech każde zadanie będzie do wykonania w maksymalnie kilka godzin.

 

2. Szukaj kłopotów.

Na początku drogi łatwo popaść, albo w totalne przerażenie wielkością wyznaczonego celu (ale z tym już sobie trochę poradziłyśmy powyżej), albo w samozachwyt i huraoptymizm. W różowych okularach może przez chwilę pracować się całkiem miło i energicznie, ale to nie jest optymalne spojrzenie na rzeczywistość. Warto od razu przewidywać wszystko, co może pójść źle (coś na pewno pójdzie) i oczywiście nie po to, by się zniechęcać, ale po to, by już na starcie mieć plan awaryjny.

– patrząc na te swoje karteczki z punktu 1 dopowiedz sobie, które etapy są narażone na trudności. Wypisz wszystko, co przychodzi Ci na myśl.

– następnie zostaw tylko te trudności, dla których ryzyko wystąpienia jest spore oraz te, których konsekwencje byłyby poważne i zaważyłyby na realizacji celu.

– teraz zrób wszystko, co w danym przypadku jest możliwe, by wyeliminować zdefiniowane zagrożenia. Na przykład przedefiniuj te małe cele, rozłóż je na mniejsze, zaplanuj dodatkowe czynności, poszukaj pomocy, stwórz cele alternatywne – czyli plan „B” na wypadek pojawienia się tej trudności itd.

 

3. Najpierw wykonuj zadania ważne, nie pilne.

Każda droga do celu jest długa i z zakrętami. Łatwo w tym marszu o błędy. Jednym z istotnych jest mylenie zadań pilnych z ważnymi. Gdy ma się dużo na głowie, ciężko wyrwać się spod tych powinności, które mają termin. Na przykład tylko dziś możesz skorzystać z przecen w  sklepie z koszulami idealnymi na biznesowe spotkanie. Ale dopóki masz w szafie jakąkolwiek koszulę, to lepiej będzie dostępny czas przeznaczyć na doszlifowanie oferty, którą na spotkaniu przedstawisz. I o ile w tym przykładzie nie jest trudno odróżnić pilne od ważnego, to jeśli chodzi o długość snu, odkładanie na emeryturę, bilans miesiąca w firmie, zdrową dietę, czas z dzieckiem, ruch i inne ważne przecież sprawy, to łatwo spychać je gdzieś na koniec kolejki zadań do wykonania, bo zajęcia niecierpiące zwłoki głośniej krzyczą o naszą uwagę. Zaniedbanie spraw ważnych spowoduje jednak, że kiedyś staną się one pilne, ale to odbędzie się już w atmosferze kryzysu, stresu, gaszenia pożaru, a często też nieodwracalnych skutków.

 

I jak? Wierzysz w plan, czy raczej w spontaniczność i dary losu? Ja zdecydowanie ważne sprawy wolę mieć pod kontrolą, a na niespodzianki pozwalać sobie tylko w drobnostkach.