Wspólne dobro. Co takiego? Jeśli wspólne – to niczyje. Jeśli wszyscy mają to mieć – to nie przedstawi żadnej wartości. Wspólne to powszechne, powszednie, spowszedniałe nawet.

Od setki ławek w parkach, na których żule będą przesiadywać, wolimy jedną własną pod domem. Zamiast wzięcia udziału w zrzucie na utwardzenie kawałka drogi dojazdowej do osiedla, wolimy kupić wielki, drogi samochód, który przeprawi się przez błoto i jeszcze sąsiadowi płot ochlapie. Od wsparcia czyjejś inicjatywy, wolimy kultywowanie własnej bezczynności.

Wypieramy się przynależności do jakiejkolwiek grupy, nie identyfikujemy się z niczym co lokalne, nie czujemy obowiązku zachowania lojalności wobec obcych, nie lubimy pomagać ani o pomoc prosić, chcemy być samowystarczalni, niezależni, nieufni. To nasza przypadłość narodowa, to pokłosie naszej przeszłości historycznej, to także podstawowa bariera rozwoju gospodarczego, to tak zwany niski poziom kapitału społecznego.

Nie jestem wyjątkiem, ale mam świadomość tego, jak dobrze by mi było, gdybym potrafiła ufać ludziom. Ile dobrego mogłabym zdziałać, gdybym nie działała tylko w pojedynkę. Jak wielka byłaby moja siła, gdyby była wzmacniana otwartością otoczenia. Próbuję się przeorientować, nagromadzić w sobie dużo tego kapitału i…

 

…wychodzę rano z domu we wszystkich dwóch rękach dzierżąc dziecko, dwa komplety kluczy, worek z pościelą do przedszkola, torbę babską nie kobiecą – a więc obszerną i rękawiczki. Schodzę po schodach, na półpiętrze zauważam papier, nadludzką siłą sprzątam go, gdyż nasz blok to nasze dobro i mój drobny gest znaczy wiele wraz z innymi drobnymi gestami innych mieszkańców (poza oczywiście gestem tego, kto papier porzucił). Nie frustruje mnie to zajście, bo absolutnie nie domniemuję złej wiary właściciela papierka – to musiał być wypadek lub jakaś wyższa konieczność.

Na parkingu żul chce abym wsparła finansowo jego konsumpcję. Rozważam tę propozycję i wyciągając z kieszeni monety dochodzę do wniosku, że żule to pełnoprawni członkowie naszego społeczeństwa i mamy obowiązek wspierać ich w nim funkcjonowanie. Co prawda preferuję inny model życia niż po żulersku, ale jestem empatyczna, pełna zaufania i wiary w ludzi. On musi mieć swój cel, swoją genezę i swoje powody – nie mam kompetencji, by z tym dyskutować.

Ten nieodpowiedzialny gest dobrej woli nie oznacza jednak, że jestem niezaangażowana w sprawy ważne i ważniejsze. Po dotarciu do przedszkola spostrzegam mym czujnym zaangażowanym wzrokiem, iż dzieciom dwuletnim podaje się jogurcik J. słodzony syropem glukozowo-fruktozowym, cukrem i posmakiem truskawki. Jestem zdruzgotana, gdyż Zołzina konsumuje bez zająknięcia jogurty naturalne, a tu taki zamach na dobro dzieci i niszczenie nieukształtowanych podniebień przyszłej przyszłości narodu. Wszczynam alarm, zwołuje społeczność, organizuję szeroko zakrojoną akcję protestacyjną, zbieram podpisy, dane i wypowiedzi autorytetów. Wspólnym zaangażowaniem, dialogiem i nastawieniem na kompromis dochodzimy do wniosku, niż nikt poza Zołziną jogurtu naturalnego nie przełknie i należy poświęcić dobro jednostki dla dobra ogółu. Wracam do domu rozmyślając o naszym społeczeństwie. Nie zastanawiam się, co ono mi oferuję, myślę co ja mogłabym dla niego zrobić. Wypijam kawę – to tyle dobra, energii i wsparcie pracy tak wielu jednostek. Jestem szczęśliwa, spokojna i optymistycznie nastawiona do naszej wspólnej, świetlanej przyszłości.

Pieprzę wszystko tylko skrycie i dopiero, gdy mi się kawa skończy.