Internet, blogi, prasa, mentorzy, trenerzy – wszyscy radzą, instruują i ulepszają. Nawet to lubię, często po przerobieniu przez swoje indywidualne podejście wcielam w życie, zainspirowana modyfikuję coś od dawna uwierającego lub wprowadzam powiew nowości wzbijając tumany kurzu wśród starych metod. Jednak bredni kitem klejonych sobie nie życzę i gdy tylko ktoś zaczyna mówić, że…

1. Nie susz włosów z głową w dół, bo w ten sposób je niszczysz, gdyż otwierasz gorącym powietrzem łuski włosa.

Włosy opadają i pianka lakierem usztywniana nie pomoże. Czy trzeba zaawansowanej logiki, by stwierdzić, że zarówno głowa trzymana prosto, jak i pochylona w dół dzięki grawitacji umiejscawia końcówki włosów w takim samym położeniu – a więc na końcu. Z tego prosty wniosek, że łuski włosów w obu pozycjach układają się tak samo i jeśli można im czymś zaszkodzić, to suszeniem „pod włos” – a to już zależy od ruchu ręki, a nie głowy. Kierując powietrze od czubka głowy w kierunku końcówek włosów niszczymy je tak samo w każdej dowolnej pozycji. Można leżeć nawet i w sumie to chyba jest najlepszy pomysł.

2. Po obudzeniu zrób listę rzeczy do wykonania i się jej trzymaj.

Z takim podejściem byłabym jeszcze w podstawówce. Zaraz po obudzeniu nie chce mi się żyć, umycie zębów wydaje się być skrajnym wyzwaniem, a z jakiejkolwiek, nawet najbardziej ekscytującej listy zadań do wykonania o świcie wykreśliłabym wszystko poza wypiciem kawy z mlekiem. O poranku wszystko mnie przerasta i musze najpierw się porządnie obudzić, by skutecznie pokonać swoją wszechniechęć. Podejrzewam, że podobnie czuje się jakaś połowa ludzkości z niskim ciśnieniem lub typem funkcjonowania „na sowę”. Skowronki niech sobie knują od rana, ale niech swoje ołóweczki trzymają z daleka, jeśli nie chcą poczuć grafitu w oku.

3. Co cię nie zabije, to cię wzmocni.

Zgodzę się, że co mnie nie zabije, to mnie nie zabije. Z tym wzmocnieniem to ściema. Wzmacnia mnie miłość, sukcesy, determinacja, pozytywny klimat wśród otaczających mnie ludzi. Przejście przed trudne doświadczenia może przy sprzyjających wiatrach dodać poczucia mocy, ale chyba jeszcze łatwiej sponiewieranie przez los może moc kompletnie odebrać. Zwykle w życiu przeżyć to za mało.

4. Lepiej być wcześniej, niż się spóźnić.

Owszem, wcześniej można sobie być, ale gdzieś w okolicy – w samochodzie na parkingu, w poczekalni, w kawiarni na parterze, ale nie w konkretnym miejscu „u kogoś”. Nie w sekretariacie pół godziny przed rozmową o pracę, nie w salonie godzinę przed przyjęciem urodzinowym, nie w konferencyjnej trzy dni przed konferencją. Nadgorliwcy są bardziej kłopotliwi niż ci z lekką obsuwą czasową. Nikt nie doceni zapobiegliwość i zaangażowania takiej osoby w obliczu swojego zakłopotania przedwczesną koniecznością zajęcia się gościem. Skoro wyznaczono konkretną godzinę to znaczy, że przed nią jest się jeszcze intruzem.

5, Myślenie nie boli.

Boli o wiele bardziej od bezmyślności. Nieświadomość konsekwencji, brak wiedzy o możliwych alternatywach, nieznajomość zagrożeń, ograniczony wybór to może zagwarantować spokój umysłu. Miotanie się, podejmowanie decyzji w oparciu o ogrom informacji i permanentne analizowanie sprawia, że para idzie uszami, szare komórki się przegrzewają i ból istnienia rozsadza głowę. Myślenie boli w przenośni i w rzeczywistości majaczącej pod znakiem paracetamolu. A że niby konsekwencje przemyślanych decyzji są mniej bolesne? Bywa, ale często to już los kopy w tyłek rozdziela.

Macie swój „ulubiony” kit wciąż serwowany? Tak do mdłości?