W macierzyństwo wchodzi się w różnym stylu – z premedytacją, jak po pączki w Tłusty Czwartek, w związku z tykaniem zegara biologicznego, jak po tort urodzinowy, albo z zaskoczenia, jak po kokosanki do kawy na nagłą wizytację teściowej.

W ciąży przybywa kilogramów, jak od nadmiaru drożdżowego, mdli, jak po zbyt śmiałej porcji tortu marcepanowego i rozkłada do pozycji horyzontalnej, jak po nagłym spadku glukozy w godzinę po przedawkowaniu czekolady. Apetyt ciężarnej przypomina półkę w niestylizowanej ciastkarni, gdzie marmolada obok cebularza nie robi problemu. Gabaryty wzrastają, jak ciasto na rogale, a brzuch i hormony zmieniają postrzeganie rzeczywistości, jak duży kawałek murzynka w polewie czekoladowej.

Nomenklatura otaczająca świeżo upieczoną matkę ocieka słodyczą, lukrem i kaloriami. Są słodkie bobasy, pyszne mleczko, całodobowy bufet, podwojenie masy urodzeniowej, dieta eliminacyjna, tyłek jak beza, uda ze skórką pomarańczową, cukierkowe mikre fatałaszki.

Wybieranie imienia dla dziecka jest jak grzebanie w pudełku z pralinami. Tyle kusi, a każde może być niedobre. Rzeczywistość młodej matki przypomina stanie przed ladą u Sowy lub T.Dekera tuż po borowaniu trzech zębów. Chciałoby się wiele, ale niewiele jest się w stanie.

Życie płynie słodyczą emitowaną przez dziecko zapijaną dla zachowania przytomności kolejnymi kawami. Przestaje mieć znaczenie czy z ekspresu, czy z pianką – istotne by była gorąca. I duża. I skuteczna.

Macierzyństwo czasem wychodzi bokami, jak krem z karpatki lub dowód na uwielbienie sernika znad dżinsów o obniżonym stanie. Macierzyństwo implikuje też czasem efekt powszechnie zwany „rzyganiem tęczą”, ale rzygać od nadmiaru słodyczy jest znacznie lepiej niż od zgorzknienia.

Macierzyństwo jest jak szarlotka – nie zaczyna się od loda.

Macierzyństwo jest jak bita śmietana z truskawkami – masz już dość, ale nigdy się nie poddasz.

Macierzyństwo jest jak keks – nigdy nie wiesz co cię spotka.

Samej słodyczy Wam życzę matki i ojcowie. Co prawda dziecko tuczy czasem bardziej niż regularne wizyty w cukierni, a towarzyszące rodzicielstwu nerwice i psychozy są groźniejsze od nadużywania cukru – ale niewątpliwie bobas pachnie lepiej niż świeżutka drożdżówka z kruszonką.