Czasami chciałoby się uzewnętrznić wnętrze. Na wierzch wywlec to co zwykle ukryte, zademonstrować genezę, treść i wszystkie skutki zamiast słownego wierzchołka góry lodowej, przekonać o słuszności nie tyle argumentem, co przekazaniem mapy każdego mignięcia między neuronami, wypracować pełne zrozumienie.

Zamiast ”wstaw buty do szafki”, wyrazić, tak aż do współodczuwania ten strach, że się kiedyś ktoś o te buty potknie i walnie czołem w kafle, opowiedzieć o swym podejrzeniu, iż te buty to jakiś nieudany manifest buntu lub pokaz niezależności, wyznać, że taki but, lub dwa, to przyczynek do pozostawienia własnych pod lustrem i następującej po tym lawiny wydarzeń kwalifikujących mieszkanie do programu perfekcyjnej.

Zamiast ”zrobić ci też herbaty?”, zapłakać teatralnym szlochem nad tęsknotą za podobnym pytaniem zadawanym w odpowiednią godzinę, odkryć w głębi tłamszone marzenie o wielkim kawałku domowego ciacha, wyłożyć prywatną teorię feminizmu, wyłożyć naczynia ze zmywarki, wyłożyć się i czekać na inicjację domowego ciepełka cudzego autorstwa.

Zamiast ”nie kupuję, bez sensu na zimę”, wyznać, że kozaki na obcasach pomimo niepraktycznego zastosowania w dobie sanek, śniegu i czułego sprzęgła, robią dobrze dla kobiecego mózgu, wykrzyczeć, że potrzeba kilkunastu komplementów więcej niż te marne dwa, przyznać, że ten jeden raz „nie” znaczy „tak” i zaciągnięcie za szalik do kasy jest przemocą o uzasadnionym charakterze.

Ale zamiast tego rzucam ”weź schowaj buty, zrobię jednak herbatę, bo o 19 kawa to niepraktyczna opcja”. I wiem, że on zna genezę, treść i skutki – że wie, że mam czterysta trzy realne powody, by się miotać wewnętrznie przez dwa buty, że doda mi miodu do kubka, że poskromi pragmatyzm niepraktycznym gestem.

Ten spokój wynikający z pewności, że jedna osoba wie wszystko, pozwala odpuścić w indoktrynowaniu własną emocją całego świata. Przecież i tak nie mam miejsca w najgłębszych zakamarkach dla kogokolwiek innego, a co dopiero dla 7 miliardów.