Może w procesie wychowania dziecka kluczowa jest perspektywa? Najlepiej mi idzie, gdy przybieram krótkoterminową i długoterminową, bardzo wystrzegając się tej najszerszej – pośredniej.

Przykład: Dziecko nie chce zasypiać samo, żąda głaskania, przytulania i bajek szeptanych do ucha.

Krótkoterminowo: chcę by moje dziecko było szczęśliwe przed snem, mogę mu to dać zamiast umycia podłogi i pomalowania paznokci. Przytulam i mam z tego satysfakcję.

Długoterminowo: chcę by w dorosłym życiu moje dziecko było pewnym siebie człowiekiem, by umiało wyrażać swoje potrzeby i uczucia, by miało skonkretyzowane wymagania wobec relacji z ludźmi i otaczało się tylko przychylnymi sobie osobami. Przytulam i czuję, że wypełniam misję.

Pośrednio: Mam tyle do zrobienia w życiu, nie mogę tracić czasu na zasypianie z dzieckiem – przecież powinno nauczyć się zasypiać samo. Rozpieszczę, przyzwyczaję, za rok lub dwa nie poradzę sobie z kolejnymi żądaniami dziecka. Nie przytulam. Siedzę za drzwiami i męczę nasze wychowywanie. Pół roku ciężkiej walki i osiągnę „kluczową dla przetrwania” zdolność samodzielnego zasypiania, która i tak w którymś momencie przyszłaby sama.

~

Albo tak: Chcę zająć się pracą lub wyjść pobiegać a dziecko domaga się mojego towarzystwa.

Krótkoterminowo: mam ważne dla mnie sprawy, nic się nie stanie jeśli dziecko kilkunastominutowym płaczem wyrazi sprzeciw wobec równie dobrej jak moja opieki ojca. Wychodzę z uśmiechem.

Długoterminowo: chcę by dziecko miało świetne relacje ze wszystkim członkami rodziny, nie będę wcielała się w rolę kogoś niezbędnego w każdej sekundzie, bo w którymś momencie to skrzywdzi dziecko lub mnie. Wychodzę z premedytacją, wierząc w słuszność każdego kroku.

Pośrednio: Wrócę, przytulę, wytłumaczę się jakoś, bo nie chcę żeby moje małe jeszcze dziecko płakało. Osiągnę apogeum frustracji z tego rok już trwającego totalnego braku własnych spraw i znowu wyjdę. Za miesiąc. Zafunduję sobie i jemu mętlik w głowie. Dam sygnał, że moja nieobecność to dziwna sytuacja, spotęguję własne odczucie uwiązania i jego poczucie zagrożenia.

~

Najlepiej mi idzie, gdy analizuję słuszność swojego postępowania, zastanawiając się co chcę osiągnąć w danej chwili i na jakiego dorosłego chcę wychować moje dziecko. Metoda powinna być wspólna i możliwa do zastosowania teraz, gdy dziecko jest małe i kiedyś, gdy będzie się już wymykało spod mojego wpływu. Staram się nie myśleć o tym czy dziecko będzie uznawane za grzeczne, czy idealnie wpasuje się w rygor przedszkolnych zajęć, czy u babci zje ładnie obiad lub nauczy się czytać do 5 roku życia i kiedy porzuci pieluchę. Koncentruję się na jego szczęściu teraz ze mną i w przyszłości beze mnie.

Cele pośrednie są najmniej ważne, a często zwodzą na manowce.