Jestem teraz bardzo, bardzo daleko od codzienności. Właśnie przejechałam jakieś 600 km (a z trzylatką za plecami to czasem odległość jak na księżyc) i nabrałam dystansu. Po to są dla mnie urlopy. Nie po te drinki serwowane z dostawą na leżak, nie po pięć rodzajów jajecznicy na śniadanie i zdjęcia z jakimś pomnikiem w tle, a po oddech, nową perspektywę i dystans.

W kołowrotku codzienności łatwo się zapętlić, wmiksować w coś bezwiednie, zaakceptować nieakceptowalne lub psioczyć na psioczenia niegodne. Robię krok obcą mi trasą i widzę więcej. Uwielbiam to.

Teraz będzie z górki.

Tak sobie kit wciskam. Że coś tam zrobię, zdobędę, przetrzymam, osiągnę i już. I oto. I teraz to pożyję. Ani tak nie będzie, bo za zakrętem zawsze czekają nowe wyzwania, ani wcale nie chcę by tak było, bo stagnacja jest słaba („stabilizacja motylka to szpilka”, no nie?).

Ze szczytu jest najlepszy widok.

Bywa. Ale bywa też, że styrana do granic drogą pod górę mam mgłę przed oczami, mętlik w przepracowanym umyśle i nie dostrzegę uroków życia. Nie tyle usilne bycie na szczycie jest sukcesem, co wiedza i niezachwiana pewność, że zmierza się we właściwym kierunku.

Kręta ścieżka jest lepsza od stromej.

Że niby lepiej wybrać dłuższą a bezpieczniejszą trasę niż jechać szybko po bandzie? Nie zawsze. Nie sparzyłam się, nie wpadłam w kłopoty, zawsze jestem rozsądna, zachowawcza i analizująca poziom potencjalnego zagrożenia. Wiję się latami wśród krętych ścieżynek o umiarkowanym poziomie trudności. Problem tylko w tym, że nie wiem czy ta trasa prowadzi tam, dokąd chcę dojść. Może lepiej czasem obić sobie tyłek przy twardym lądowaniu, ale wykorzystać szansę by zerknąć za horyzont.

A poza tym? Hotel Młyn Jacka w Jaroszowicach jest gotowy na nieletnich gości. Pokoje są na tyle przestronne, że można sobie komfortowo oglądać seriale na podłodze pod drzwiami, gdy za zakrętem w przewygodnym łożu śpi dziecko. Jedzenie na pewno dałoby radę sprostać gustom wybrednych podniebień panien bez szemrania gustujących jedynie w bananach, ale na przeszkodzie stał miły kącik zabaw w jadalni, na piętrze, na basenie i przed budynkiem oraz liczne towarzystwo równieśniczo-chuligańskie. Wszędzie luksus, ład i porządek gwarantujący spokój matce dziecka zjadającego uprzednio upadłe na podłogę ciasteczko. Z okien uroczych korytarzy, wielkiej bawialni i basenu można podziwiać góry, na które to nie udało się wejść w związku z koniecznością noszenia przysypiających 14 kilogramów. Odpoczęłam i przepłaciłam za nieoznakowany cenami towar z minibarku.

z góry widać więcej

idziemy czy nie idziemy

góry

osioł