Podchodzę do przejścia dla pieszych. Tego samego, co codziennie po dwa razy. Wiem już, że będę zbyt długo czekała na zielone, właśnie tyle się tu czeka. Przede mną kobieta z idealną fryzurą. Piękny kolor, szykowna długość do ramion, idealnie podkręcone końcówki i blask. Gdy kobieta nachyla się do stojącej obok dziewczynki kosmyk opada jej lekko na oko. Zazdroszczę odgarniając z czoła swoją grzywkę, która dawno grzywką już nie jest, a włosem pełnoprawnej długości długo jeszcze nie będzie. Już czuję się gorsza, już planuję radykalne kroki, już złorzeczę na wszystkich fryzjerów, jakich w życiu spotkałam. Podchodzę trochę bliżej, bo zaraz będzie wreszcie to zielone a chcę zdążyć przemknąć przez oba pasy jezdni. Teraz widzę lepiej. Jej włosy nie są naturalne. To peruka. Naturalny za to jest z pewnością siny cień pod oczami kobiety i niebieskawy odcień jej ust. Przestaję jej zazdrościć. Nie wiem nawet co w jej sytuacji jest do niepozazdroszczenia, ale bardzo nie chcę mieć takiej pięknej fryzury.

Idę za nimi powoli. Na pewno nie zdążę na migającym już zielonym kolejnego przejścia. Zawsze przechodziłam tu płynnie, bez zatrzymywania się. Zawsze przechodziłam płynnie od „też chcę” do „mam” Zazdrościłam po coś. Żeby sobie kupić, żeby też zacząć, żeby zdobyć, wypracować, zorganizować substytut, a gdyby to nie było możliwe, to choćby po to, żeby zrujnować sobie humor i pławić się w swym wyimaginowanym nieszczęściu.

Przeszył mnie strach. Wiecie, ten z gatunku „uważaj o co prosisz”. Pozazdrościłam pochopnie. Chcę to cofnąć, ale nie wiem jak.

Mimochodem robię rachunek. W co wpakowałam się na zasadzie „i ja, i ja”. Ile razy pokracznie postrzegałam rzeczywistość przez pryzmat jakiegoś niuansu widzianego bez tła. Bo to, co ktoś ma, zawsze kosztuje. Pieniądze – to najprostsze, ale też czas, ideały, emocje, pracę, wyrzeczenia, kompromisy i inną cenę, której być może nigdy nie chciałabym zapłacić. Bo to, jak coś wygląda na pierwszy rzut oka, jest zupełnie czymś innym pod powierzchnią. Bo ta sama wartość ma zupełnie inny cennik dla każdego. Bo to samo, znaczy zupełnie coś innego w różnych okolicznościach.

Zazdrość przekuwam w luźne inspiracje. Inspiracje w zindywidualizowane działanie. Działanie w szczęście. Szczęście zjadam z malinami na kolację. A tamtej kobiecie życzę wszystkiego dobrego i liczę, że się kiedyś spotkamy na tych pasach z równie słabymi fryzurami zwichrowanymi wiatrem od morza.