Nie będę zdradzać do czego porównałabym małżeńskie łoże z czasów przed naszym dzieckiem (p.n.d.), ale teraz, w drugi rok ery n.d., to niewątpliwie, niezaprzeczalnie – dżungla.

Nieprzebyta gęstwina.

Miejsca przewidziano dla dwóch osób, ale natura córki nie uznaje sprzeciwu i dokonuje niemal conocnej ekspansji na nasz teren. Nagminnie wzrasta ilość żywych organizmów na metr kwadratowy, mnożą się poduszki i kocyki, przybywają pluszowe tygryski i prosiaczki. Nie da się opuścić tego galimatiasu bez maczety lub podświetlenia terenu komórką.

Walka o przetrwanie.

Trzeba doświadczenia, by przetrwać w dżungli bez utraty zdrowia i urody. Głowę trzeba układać tak, by zminimalizować ryzyko trafienia małą piętą w oko. O świcie nie należy wykonywać słyszalnych ruchów, by nie prowokować czającej się na najmniejszą oznakę życia drapieżnej fanki butli z mlekiem. Nikt jeszcze się nie poddał i nie wyemigrował do salonu – walka trwa.

Łańcuch życia

Pogodzenie z byciem częścią odwiecznego łańcucha życia, dodaje sił, by dobrze korzystać z okazji do swobodnego dostępu do wodopoju (ykhym.. czy jakoś tak;). Życie w dżungli można nawet polubić, gdy potrafi się każde sprzyjające okoliczności przeznaczyć na dowolnie wybrane ułożenie łokci i kolan bez konieczności wyoblania ostrych krawędzi dla bezpieczeństwa młodych.

Wiecznie żywa formacja.

Dżungla nigdy nie śpi, my w zasadzie też. Zawsze znajdzie się ktoś aktywny, ktoś jeszcze czyta, ktoś już wstaje do pracy, ktoś przybywa w środku nocy, choć jest w wieku zupełnie nie imprezowym. Ktoś chce być przykryty kołdrą, a ktoś inny w rampersie walczy z tropikalnym poczuciem humoru, ktoś zwisa z krawędzi na niewidzialnej lianie, a ktoś czuję się królem dżungli i bryluje środkiem tudzież ryczy.

Tam, gdzie dżungla wycięta w pień – tam uprawy trzciny cukrowej, kawy i palm kokosowych. Podobnie ja – gdy tylko wyjdę z dżungli aplikuję kawę z cukrem i rozpoczynam poskramianie tej, której od perfekcyjnego wyspania palma odbija.