Nie wiedziałam czy się zdradzić, czy podzielić sensacyjnymi zmianami, kiedy, komu i jak o tym opowiedzieć. Postanowiłam tak po prostu, dziś, bo nie jutro i zupełnie bez owijania w bawełnę przyznać publicznie: nie piję kawy. W ogóle, żadnej, małej, białej, czarnej, popołudniowej, rozpuszczalnika ze słoika, na spienionym, ani na sojowym mleku – nic, zero.

Mam lodowate dłonie, których już nie ogrzewa ani ciepło ulubionego kubka, ani stuningowane kofeiną do norm me nędzne ciśnienie.

Mam permanentnie przymknięte oczy, których nie otworzy mi ani najlepszy tusz do rzęs, ani zdziwienie światem.

Mam mętlik w głowie, którego nie mogę uspokoić prostym postanowieniem, że siądę, że zamówię dużo spienionego mleka z odrobiną kawy i problematyczna zagadnienie zamieni się z automatu w plan działania.

Często wątpię w sens wychodzenia z domu. Dokąd i po co mam iść, jeśli nie najpierw po kawę?

Sypiałam na biurku w pracy, zasypiam po pierwszym, drugim i trzecim śniadaniu, zdradzam bez wyrzutów ołtarzowe przysięgi w objęciach Morfeusza zanim ich adresat zdąży wstąpić na teren alkowy.

Rezygnuję z wyzwań, odmawiam aktywności, wegetuję między łóżkiem, fotelem i kanapą. Ciężko przechodzę odstawienie. Pobladłam, osłabłam, mam mdłości i dreszcze.

Ktoś bez ostrzeżenia i negocjacji zabrał mi moją codzienną, najważniejszą, gorącą przyjemność, a ja i tak w gruncie rzeczy jestem przeszczęśliwa? Tak, to mogło być tylko podstępne omamienie ciążową mieszanką hormonalną. I tak oto sensacje żołądkowe zwiastują sensacje życiowe.

Zołzina pozwalała mi na kawę – jeszcze w ciąży na małą i bardzo mleczną, później na zimną lub rozlaną, ale jednak. To Drugie jakieś krnąbrne wzrasta. Sami rozumiecie, że toast kofeiną i kciuki wskazane.