Wsiada do tramwaju, ma słuchawki na uszach i pustkę w głowie. Jest człowiekiem, który niczego się nie boi, więc nie będzie trzymał się rurki czy innego uchwytu, jak jakaś ciota. Będzie się gibał na każdym zakręcie i wpadał na ludzi stojących obok. Taki jest mocny.

Ma internet i nieco intelektu. Zrobi z tego użytek. Przystępuje do rozpowszechniania opinii we wszechświecie. Ma zdanie na każdy temat, nie zawraca sobie jednak głowy czytaniem ze zrozumieniem tego z czym dyskutuje, nie traci czasu na precyzje wypowiedzi. Zaczyna od „ja nigdy” lub „ja zawsze” i w zasadzie na tym mógłby skończyć. Niestety nie kończy.

Ona ma dystans do konwenansów i 30 kilogramów nadwagi. Będzie się turlała dowolnie obraną stroną chodnika, a i środkiem też nie pogardzi. Nie dostrzeże, że staje się utrudnieniem komunikacyjnym wymagającym ciągłego omijania. Jeśli dostrzeże, to i tak pewnie pomyśli, że paskudne społeczeństwo ma jej za złe tusze, a nie głupotę, więc brnięcia pod prąd nie zaniecha.

Od pierwszego do dwudziestego powiedziałabym, że ten pierwszy pewnie ma powody, by zgrywać chojraka – nie jest łatwo być dorastającym młodzieńcem. Ten drugi może nie nauczył się dyskutować na poziomie, bo na przykład nikt go w domu nie słuchał, a tak poza tym to piękne, że tak się wszyscy różnimy. Ta trzecia natomiast może ma trudne życiowe doświadczenia i podświadomie stawia się w opozycji do innych nawet w czasoprzestrzeni miejskiego szczytu.

Ale dziś nie. Po dwudziestym pierwszym napieprza mnie biust szturchnięty ramieniem tego rozlazłego chojraka. Zniechęca mnie do porozumiewania się z własnym gatunkiem poziom dyskusji, do którego ściąga mnie ten wirtualnie głośny tępak. I irytuje jadący w przeciwnym kierunku rowerzysta, który zamiast rozjechać tę toczącą się pod prąd kluchę, omija ją moim torem, bo wie, że ze względów gabarytowych tak jest bezpieczniej.

Po dwudziestym pierwszym ludzie są beznadziejni.