Przed, jeśli się zdąży pomyśleć, a zdąży się na pewno (choć podobno są babki, które rodzą nie wiedząc o ciąży własnej), miewa się rozmaite oczekiwania wobec życia po. W życie po życiu dobrze wierzyć w kontekście dramatycznych wskaźników przyrostu naturalnego. Wiara ma jednak to do siebie, że można się na niej przejechać. Przejechać, jak na śliskiej sprawie. Sprawić, że zachwieją się najtrwalsze fundamenty. Fundamentalnie przeorganizować codzienność. Codziennie zaskoczyć…

Lekko zaskoczona przedstawiam moje top 5 macierzyńskich rozczarowań:

1 telewizja śniadaniowa

Gdy studiowałam poranki spędzałam na UMK, albo w łóżku odsypiając cokolwiek, co było do odespania. Gdy pracowałam o świcie piłam biurową herbatę i słuchałam radia odpisując na najważniejsze maile. Od dawna telewizja śniadaniowa jawiła mi się jako synonim luksusu. Leniwa kawa, gładkie treści, swobodna atmosfera, spodnie od piżamy, łagodny start wyluzowanych ludzi, którzy się nie spieszą.  Teraz z Zołziną wstajemy przed DDTVN, wyrzucamy książki na dywan, odbywamy toaletę poranną, przywdziewamy dresiki i czasem po owsiance dla zapewnienia sobie dodatkowego towarzystwa odpalamy telewizor. A tam dramat – amator gotuje, reportaż o kolczykach z filcu na kwadrans, rozsądniejsza tematyka tylko muśnięta, bo kolejna  prognoza pogody nie może się opóźnić. Wizja mnie i pacholęcia raczących się telewizją śniadaniową padła, jak pogląd na wartość odżywczą jogurtu owocowego. Rozczarowanko.

2 multizadaniowość

Myśląc o spędzaniu całych dni w domu, oczami wyobraźni widziałam, jak opiekując się rozkosznym brzdącem, jednocześnie niespiesznie pichcę dwudaniowy obiad – oczywiście codziennie coś nowego, dopieszczam nieskazitelność mieszkania, przeglądam takie ilości prasy, na jakie nigdy nie miałam czasu, nadrabiam zaległości filmowe, wciąż rozmawiam przez telefon i ogarniam internet po jego granice, wymyślam tysiące kreatywnych zabaw, pracuję zawodowo na jakieś pół etatu i mam mnóstwo czasu dla siebie oraz paznokcie pomalowane pod kolor skarpetek. Tymczasem moja multizadaniowość to jednoczesne rozłączanie rozmowy, którą Zołzina uruchomiła w moim telefonie, gdy dałam jej go do ręki by łaskawie pozwoliła mi zmienić jej pieluchę i obmyślanie co wrzucę do wrzątku, który nastawiłam w kuchni w celu zatarcia porażki w pierwszym podejściu do drugiego śniadania. Owszem, jestem wszechogarniająca, ale w zupełnie innym zakresie od planowanego.

3 automatyczna metamorfoza

Od zawsze wierzyłam, że gdy zostanę matką automatycznie przestanę się garbić przy stole i śmiać bez wyraźnego powodu, że będę opanowana w każdej sytuacji i będę chadzać do fryzjera na farbowanie krótkich włosów, że nie będę nosić koszulek z napisami i obcasów bez okazji, a będę gotować rosół i znać stolice wszystkich państw. Nic z tych rzeczy, automatyczna metamorfoza nie nastąpiła. Chociaż wychodząc po porodzie ze szpitala byłam innym człowiekiem niż na wejściu, to zmiana skoncentrowała się gdzieś w okolicy serca i nie jest zauważalna na pierwszy rzut oka.

4 wiedza, informacja, intelektualny dorobek ludzkości

Lubię fakty dowiedzione naukowo, lubię doinformowanie, statystyki, poradniki, lubię wiedzieć. Wydawało mi się, że takie podejście sprawdzi się i w macierzyństwie. Na pewno żadna z przeczytanych książek mi nie zaszkodziła, pewnie bez tego popełniłabym kilka niepotrzebnych błędów, ale moja wiara w to, że dogłębne poznanie tematu znacząco ułatwi rozwiązywanie problemów z danej kategorii, poległa. Tysiąc teorii na temat spania może co najwyżej rozśmieszyć moje dziecko ciemną, gwieździstą nocą.

5 gabaryty

Byłam pewna, że będę okrąglutką maminką, że jak raz przytyję ponad moje przedciążowo rekordowe 47 kg to później będę tylko poprawiać wynik. Nie mam za grosz silnej woli, kocham czekoladę i jajka z majonezem, orzeszki, muffiny i placki ziemniaczane. Wierzyłam, że taki mój los, a na dodatek wszyscy przyzwyczajeni do mojej chudości będą mi wzrokiem wypominać przemianę. Chodzenie przez kilka dni po porodzie w ciążowych ciuchach oraz zacny apetycik matki karmiącej – utwierdziły mnie w przekonaniu. A tu figa – samo poszło. Ku uciesze – żegnaj wizjo zacnej matrony w garsonce, ku rozpaczy – witaj przedciążowy rozmiarze stanika.