Mój dom jest pośrodku wszystkiego. Jeśli wszystkiego – to może niczego? Ale jeśli pośrodku – to znaczy, że w centrum. Czyli dobrze.

Nie wiem jak to jest zakładać rodzinę, gdy priorytety życiowe ulokowane są gdzieś poza ową rodziną, ale wyobrażam sobie, jak taka sytuacja komplikuje wszystko co i tak jest już dość skomplikowane. Najczęściej chyba jednak postępujemy, jak z kodeksu rodzinnego – dobro dziecka najważniejsze i tak próbujemy poukładać rzeczywistość, by sprzyjała przede wszystkim nieletnim, do których uczucia nigdy nie są letnie, a oni sami na świat się nie prosili – co z resztą z pewnością zechcą kiedyś użyć jako argumentu przeciwko nam.

 

Jednak w człowieku wciąż tęsknota za trzymaniem rąk w kieszeniach i kierowaniem spojrzenia gdzieś w okolice horyzontu, wciąż potrzeba rozwoju i spełnienia, wciąż jakieś (ba, jakieś! co raz większe!) pieniądze do życia niezbędne, wciąż jakiś związek na stanie i powinności wynikające z trudem podtrzymywanych relacji międzyludzkich. W skrócie mówiąc – dziecko choć coraz większe – jeszcze swym pięknym licem całego świata nie zakryło. I jak to pogodzić, jak zrobić z tego zjadliwy miks, z czego zrezygnować, a czego bronić do ostatnich sił przed ciosem z piąstki uzbrojonej w obśliniony chrupek?

Na swojej pięcioletniej macierzyństwem naznaczonej drodze próbowałam od bandy do bandy. Raz tylko dziecko i więcej nic, bo nic więcej (poza szybkim prysznicem) nie byłam w stanie dołożyć. Raz dwulatka na 9 godzin w żłobku, bo etat-matka i etat-ojciec. Teraz wyemigrowałam do państwa środka, gdzie nic nie muszę, wszystko mogę i zupełnie nie oglądam się na opinie innych lub sztywne teorie z wszelkich dziedzin.

A wygląda to tak…

Pieczemy brownie z czerwonej fasoli, muffiny z dyni i serwujemy zupy kremy, bo w nich da się upchnąć najwięcej warzyw. Zaraz później poprawiamy naleśnikami z białej mąki z dżemem truskawkowym i idziemy na niezliczone gałki rzemieślniczych lodów do miasta.

Sami strugamy inspirowane pedagogiką Montessori drewniane klocki i literki, najczęściej kurier przynosi nam do domu paczki z książkami i staramy się być zdeklarowanymi zabawkowymi minimalistami. A chwilę później rzucamy się niezliczonymi zakurzonymi pluszakami, z których każdy jest kochany, a gdy wyjmujemy z szafy grę – pięć innych spada nam na głowę. Na drewnianych pomocach edukacyjnych siadają różowe lalki i pieją mocą kończących się baterii szlagiery piosenki dziecięcej.

Pozwalamy dzieciom na swobodne wyrażanie emocji, brzydzimy się karami, czczymi pochlebstwami, szantażem i tłumieniem dziecięcych potrzeb. A gdy głowa nam pęka na milion kawałków od natężenia decybeli na ograniczonej czterema ścianami przestrzeni, posuwamy się do metod ostatecznych. Na przykład robimy zbyt słodki budyń, żeby na chwilę zatkać buzie dzieciom. Albo wymyślamy wieczorną atrakcję (np. domowe kino), której urzeczywistnienie zależy od tego, że wszyscy odpoczniemy na dziennej drzemce i wysyłamy dzieciarnię do łóżek, a sami parzymy sobie dzbanek kawy.

Wierzymy w zdobycze nauki i w doświadczenie doświadczonych. Chętnie kartkujemy liczne poradniki dotyczące dziecięcej psychiki czy wpływu rozmaitych strategii wychowawczych na kształtowanie człowieka. Bacznie obserwujemy rozwój dzieci, ewentualne wątpliwości konsultujemy ze specjalistami. Jednocześnie w ogóle nie ćwiczymy czytania z pięciolatką, nie wiemy do ilu może samodzielnie policzyć i nie zademonstrowaliśmy publicznie żadnego wierszyka. Z premedytacją potrafimy się oprzeć wszelkim nagłówkom krzyczących do nas „jest jedna rzecz, którą 90% rodziców robi krzywdę dzieciom” lub innym „najnowszym doniesieniom o zabójczym wpływie tego, co na pewno masz w swojej łazience”.

 

Tak jak nie ma klapsa dla dobra dziecka, kary dla kształtowania pozytywnych zachowań i  zapotrzebowania na czekoladę przed drugimi urodzinami – tak są lody dla zdrowia psychicznego, krzyk dla uzyskania ciszy i jest intensywna perswazja – bliska kuzynka zawoalowanej szantażystki. Jest zerkanie na komórkę zamiast w oczy dziecka podczas karmienia piersią, jest udawanie, że się nie słyszało pytania, gdy myśli się nad odpowiedzią i są dwa żelki ukryte pod marchewkami w śniadaniówce.

Nie mogę powiedzieć, że jestem spójna z którymś nurtem wychowawczym, że działam zgodnie z precyzyjnym planem i wedle ustalonych rytuałów. Nie jestem eko, sreko, montessori, minimali, nie wychowuję bezstresowo i nie stresuję, nie jestem w rodzicielstwie bliskości, ale w dalekości też nie, nie jestem na medal i na pohybel też nie. Grunt, że jestem?