Bloger to zawód.

Gdy postanowisz blogować zawiedziesz się nie raz. Na przykład na poziomie otrzymywanych komentarzy, na „branży”, na sobie. I co? I nic, nadal to jedno z najlepszych zajęć we wszechświecie.

Bloger dobrze wygląda, jada najsmaczniejsze dania, mieszka w gustownym wnętrzu.

No nie. Dobrze wygląda kilka szafiarek. Ekskluzywnie jadają instagramowcy – dania ładne, ale zimne. Tak jak blogi ulokowane są w jakiejś węższej lub szerszej płaszczyźnie tematycznej, tak bloger jest …yy – węższy lub szerszy. Blogerzy jako grupa nie mają żadnych wspólnych cech zewnętrznych zauważalnych przez niezależnego obserwatora. Nie łączą ich cekiny jak celebrytów. Blogerskie zapędy zdradzić może jedynie zwyczaj fotografowania wszystkiego – tym kryterium jednak łatwo pochopnie do grupy zakwalifikować turystę zafascynowanego polską egzotyką.

Bloger to artysta.

Zagra na nerwach, koncertowo przeciągnie strunę, coś zmaluje. Bywają twórcy, odtwórcy i przetwórcy. Oryginalność jest cnotą wybrańców, ale na chałturę też znajdzie się mecenat i odbiorcy.

Bloger to egocentryk, ekshibicjonista i przekonany o swej nieomylności narcyz.

Pogląd, zgodnie z którym do publikowania w sieci potrzebna jest odwaga, pewność swych racji i poczucie wszechwspaniałości jest trudny do obronienia. Wystarczy wyciągnąć sobie średnią inteligencką z dostępnych w internecie treści. Napisanie sprawia mniej trudności od wypowiedzenia. Zagrać treścią jest prościej niż pokazać się bez pośrednictwa jakiegokolwiek medium. Zwrócić się do anonimowego tłumu jest łatwiej niż poprosić o uwagę konkretną osobę.

Bloger to niedoszły dziennikarz.

Pf. Serio? Jestem przekonana, że zdecydowana większość spełnionych blogerów nie ma najmniejszej ochoty wciskać się w gorset dziennikarza. Przewaga dziennikarstwa to chyba tylko większy prestiż zawodu i zrozumienie deklarowanej profesji na herbatce u babci. Za to uzależnienie od kaprysów wydawcy, narzucane odgórnie tematy, posiadanie nad sobą jakiegoś redaktora, korektora i innego człowieka liczącego znaki w tekście, to nic pociągającego. Kasa? No cóż – podobno w blogosferze przewalają się już miliony monet.

Bloger ma parcie na szkło.

Pisze, bo jest żądny sławy, wywiadów, zdjęć na ściance i zaproszeń do telewizji. Może niektórzy, może kiedyś. Dziś już wszyscy wiedzą, że w telewizji można liczyć na zmanipulowanie odgórnie narzuconym scenariuszem, można zostać mięsem armatnim w jakimś durnym programie lub zagrać w reklamie. Media tradycyjne to nie jest cel drogi, to co najwyżej dobra przygoda, gdy się z określonych względów opłaca.

Wszyscy jesteśmy blogerami.

W internecie każdy może się stać kreatorem treści. Wystarczy wrzucić na tablicy facebooka kilka zdań i czekać na to co się z nimi stanie. Zwykle nie stanie się nic, ale czasem coś zaiskrzy, wyśle impuls, obudzi charyzmę i gotowe – człowiek organizuje sobie własne miejsce w sieci i ewoluuje w blogera. Kolejna wyjątkowa osobowość – jedna z jakiś 3 milionów.

Wyobrażacie sobie internet bez blogerów? Brakowałoby Wam tych amatorskich i nieobiektywnych, kasujących dyskusje hejterów, notorycznie fotografujących kawę i wciąż-tych-samych gęb?