Moje zaangażowanie w powrót do figury sprzed ciąży oszacowuję jako zerowy, jakoś samo się stało i głównie za sprawą porodu. I głupio mi, gdy ktoś chcąc być miły chwali moją determinację w dążeniu do szczupłej sylwetki. Gdyby od determinacji coś zależało w moim przypadku to byłabym kwadratowa.
Może to geny, może mam receptę na miarę pani Chodakowskiej. Znam dobrze skutki dzielenia się genami, więc w tej kwestii wprowadzam precyzyjną reglamentację, ale receptę sprzedam za lajka na fejsie.

1. Nosidło + podtuczony niemowlak.

Marsz z kilkukilogramowym obciążeniem jest dobrze odczuwalny w bioderkach, a przy odpowiednim doborze terenu i w łydki wchodzi. Dodatkowo spinamy to i owo w związku z przesuniętym środkiem ciężkości.

 2. Plaża + marudne dziecko

Wszyscy okupują kocyki, a my w prawo i w lewo, i po piachu, i przy brzegu, a drzemka tylko wśród bezpośrednio słyszalnego szumu fal i bujania w ramionach.

 3. Możliwe wczesne rozszerzenie diety niemowlęcia

Rodzinne posiłki trwają dłużej w związku z czym zimnego obiadu zje się mniej, dziecko pełzające, a znające motyw talerza, zabierze większość jedzenia po to by wetrzeć w kanapę, a i kanapka z nutellą na śniadanie odpada, gdy trzeba się dzielić z mocno nieletnimi bliźnimi.

 4. Amatorstwo macierzyńskie + wrodzone panikarstwo

Niemal roczny, nieprzerwany strach o to, że chyba zaczyna się katar podkręca atmosferę lepiej niż wredny szef i atak wielkiego pająka. Nerwica macierzyńska pochłania sporo kalorii.

 5. Dwie sypialnie

W jednej „śpię” ja, w drugiej „śpi” dziecko – maratony na trasie, praca nadgarstka odchylającego kołdrę i szóstka, yy.. sześćdziesiątka weidera przy wstawaniu. Jestem tyle kilometrów do przodu w stosunku do tych, co spędzają noc w pozycji horyzontalnej, że żaden pączek mi nie straszny.