Da się, ale co to za życie!?

Jestem zdania, że gdy się mieszka w dużym mieście, mikrym mieście lub na wsi – czyli prawie wszędzie w Polsce (zwolniłabym się z fuchy szofera jedynie w jakimś średnim miasteczku, w którym wszędzie blisko, wszystko jest na miejscu i komunikacja miejska też jest) to auto i umiejętność jego prowadzenia jest bardzo pożądana. Z autem można wiele, a i w aucie sporo. Już widzę świetlaną przyszłość naszej rodziny możliwą dzięki mnie – przymusowemu mistrzowi kierownicy.

1 Jestem feministką

Nigdy nikomu nie pozwolę w obecności mojej córki rzucać farmazonem z frazą „bo to baba za kierownicą”. Postaram się także nie inicjować sytuacji, w których ona sama tak podsumuje moje wyczyny w drodze do przedszkola. W społeczeństwie jeszcze pobrzmiewa echo dawnych uprzedzeń, w których dobrze jeżdżąca kobieta to ewenement, a i jeżdżąca w ogóle to nie taka oczywistość. Jak się chce to można, a chcieć się powinno, choćby dla utrwalania równości, niezależności, samodzielności. Sama sobie pojadę na wyprzedaże w Zarze, czyż to nie kwintesencja feminizmu?

2. Mam więcej możliwości

Nawet najbardziej wyrozumiały i oddany partner nie jest w stanie szoferować zawsze i wszędzie. Gdy jadę sama, zajadę dalej – po pracę, po klienta, po realizację pasji, po szybką kawę, po różnorodność, po nowości. Jak się uprę to i na porodówkę sama pojadę, bo akurat mój mąż w stresie wykonuje nadprogramowe nocne rundki po mieście, następnym, ewentualnym razem dam mu odpocząć na tylnej kanapie. Teraz mogę na bogato, mogę więcej, mogę i bliźniaki.

3. Mam gest

Mogę niespodziewanie sprawić mężowi najlepszy prezent roku. Mogę bezkosztowo i w jednej chwili przyćmić gwiazdkę, urodziny i dzień strażaka. Mogę dobrowolnie rzucić tekstem – „wypij sobie piwo, ja poprowadzę w powrotnej drodze”. Mogę też później mieć wieczorny ból głowy, obiad serwować w restauracji i zamiast sukienek nosić spodnie – po Taaakim tekście moja pozycja jest niezagrożona po kres ludzkości.