Człowiek skromny, zachowawczy, analityczny, kulturalny, empatyczny, rozsądny. Taki na medal, taki wzór, taki materiał na dobrego wnuczka, małżonka i księgowego. Ale! Ale weź takiego do zmiany przekonaj, do podjęcia wyzwania popchnij, do wyjścia ze strefy komfortu zmobilizuj.

Ciężko. Wiem, bo sama się z takim użeram dni i noce. Całę życie. 30 lat. Istny dramat.

Tłumaczyłam sobie miesiącami, że dobrze jeżdżę, że zdałam przecież za pierwszym razem egzamin odbywający się w godzinach szczytu na okołostarówkowym gdańskim bajzlu ulicznym, że trochę praktyki tylko mi trzeba, a tę zdobywa się nie inaczej jak w praktyce. Ileż czasu na samą siebie straciłam! I nic – długo jeździłam tylko po maleńkim miasteczku rodzinnym i raz do rowu. Co sprawiło, że teraz prowadzę i nawet w lewo skręcam? No przymus. Muszę wozić Zołzinę do żłobka, bo ten dobry jest w takim akurat miejscu, że tylko taki układ wchodzi w grę.

A jakim cudem chodzę na eventy pełne obcych ludzi? Kupuję bilet lub wysyłam zgłoszenie, tak szybko, że sama prawie o tym nie wiem. Później idę z miną człowieka wkopanego w imieniny u cioci, cieszę się dopiero po powrocie. Dlaczego pracę magisterską napisałam i obroniłam bez przesuwania terminu pomimo srogich kopniaków córki emitowanych z wnętrza brzucha? Bo ludzie z grupy, chcąc uzbierać minimalną liczbę osób dla zorganizowania obrony, przemocą psychiczną zmusili mnie do złożenia deklaracji.

Tak samo jak nie lubię presji, tak samo jest mi ona niezbędna. Po dobroci to mogę herbatę zrobić, dla podjęcia się zmian, wyzwań, trudu muszę czuć, że wdepnęłam i nie ma „ale”.

Jestem manipulatorką. Sama sobą manipuluję. Potrafię się kopnąć, to podobno dobre ćwiczenie na rozgrzewkę.