Zęby są jednym z fundamentów aranżujących życie rodziny. Zęby raz są a raz ich nie ma i im szybciej się to zrozumie, tym łatwiej będzie przetrwać.

Ząb dupa dębowa – czyli krótki poemat o ząbkowaniu

Niemowlakom rosną zęby i jest to jakaś ewidentna niedoróbka matki natury. Owszem, zgodzę się, że posiadanie przez dziecko kompletu uzębienia już przed urodzeniem mogłoby być ryzykowne ze względu na możliwość ucieczki z domu zaraz po przegryzieniu pępowiny, jednak zmasowane uzupełnianie szczęki przez kilkumiesięczne dziecko nie jest wiele lepszym pomysłem. Rozumiecie czym jest dziecko karmione jeszcze piersią a już z sukcesem uczące się gryźć? Wyobrażacie sobie nadprodukcję śliny powodującą ryzyko utonięcia? Kojarzycie skoki temperatury, rozdrażnienie, płaczliwość, podgryzanie rzeczy ożywionych i nieożywionych, przetrzymywanie rąk w buzi i inne, czasem znacznie gwałtowniejsze, atrakcje, które mogą trwać całymi miesiącami? Dziecko ma zębowe alibi i nie zawaha się go użyć.

Zęby – narzędzie i dobro samo w sobie

Gdy zęby już są, to trzeba dbać o ich regularne mycie. No, spróbuj wyjaśnić pięciomiesięcznemu dziecku konsumującemu mleczko na żądanie, że należy wyczyścić zęby przez snem (każdym z pięćdziesięciu trzech dobowych epizodów?). A przekonaj kilkulatka uczącego się jazdy na rolkach, na hulajnodze i co najczęstsze po bandzie, żeby czynił postępy w tempie umożliwiającym bytowanie jedynek w paszczy zamiast na krawężniku. A wyjaśnij, że dyskusja z kolegą w żłobku poparta argumentem zaciśniętych na jego ramieniu szczęk własnych nie jest w dobrym tonie i kwalifikuje się do rękoczynów, choć odbywa się przy użyciu zębów nie rąk.

Szczerbatość – czyli ostatnia szansa

Jeśli dziecko zęby sobie powybijało w przedszkolu, albo wyzerowało cukierkami – to jeszcze nic straconego. Natura daje nam drugą i ostatnią szansę. Teraz łapiemy się za portfel wypchany dolarami i płacimy dla wróżki zębuszki czy innej persony rzekomo zainteresowanej wypadami ze szczerbatego uśmiechu. Tysiakami drutujemy szczęki by się wyprostowały, a zaznaczyć należy, że proceder ten, choć kosztowny, wcale nie spowoduje, iż dziecko czasowo będzie mniej gadało.

~

Życie rodziny jest nadgryzane zębem czasu. Poszczególne epizody ewoluują i przemijają niczym mleczaki. W tych warunkach zagryzanie zębów jest stałą rodzicielską metodą codziennego dokonywania rzeczy niemożliwych. Trzymanie języka za zębami staje się zaś nawykiem dobrym na każdą okazję – czy to chętka na kwiecisty opis rzeczywistości łaciną godną polskiego hip-hopu, czy ochota na tabliczkę czekolady, czy na prawdę o świętym Mikołaju. Rodzicielski autorytet buduje się pełną szczerością filtrowaną przez ukazane w uśmiechu jedynki.

~