Projekt – przyjmijmy taki ogólnikowy termin na matczyną chęć zrobienia czegoś konstruktywnego bez użycia klocków. Niech to będzie najbardziej oczywista sprawa, czyli praca, niech to będzie profesjonalne blogowanie, szycie, nauka języka, napisanie książki kucharskiej, zaprojektowanie zabudowy garderoby, flirty na czacie – no cokolwiek. Projekt realizowany przez matkę musi zakładać jedną podstawową kwestię – czas odseparowania od dziecka.

Najefektywniejsze są opcje w rodzaju „wychodzę do pracy”, a ty dziecino idź do żłobka, przedszkola, babci, niani lub w cholerę. Jeśli jednak pełnowymiarowe zatrudnianie podwykonawców do dziecka nie wchodzi w grę z dowolnego powodu, na przykład światopoglądowego, organizacyjnego, finansowego, trzeba cudować inaczej w zależności od stopnia gotowości do separacji i warunków środowiskowych.

Stadia separacji:

1. ja nie istnieję, jesteśmy my

To zwykle na początku. Pełna symbioza. Tu sugeruję nie nastawiać się na projekty bardziej wymagające niż szybki prysznic lub ekspresowy wypad na zdjęcie szwów.

2. wstępne odklejenie na kilka centymetrów

Dziecko małe, niemobilne, a mające swoje sprawy w postaci kilkunastominutowego pełznięcia w stronę doniczki lub drzemki, a nawet kilku. Na tym etapie przy zachowaniu trzeźwości umysłu i zaniechaniu wpatrywania się w śpiące dziecko można zdziałać wiele. Ja w tym stadium pracowałam najwięcej, mogłam sporo klepać w klawiaturę przy jednoczesnym zezowaniu na wesołe wyczyny odchodzące w okolicach dywanu.

3. biureczko lub inny symbol chwilowej niedostępności

Dziecko chodzące jest na tyle wymagające – przynajmniej moje, że przez cały dzień nie jestem w stanie zrobić wiele więcej, niż odpisać półsłówkami na najważniejsze maile i zamieszać wstępnie w garach, by o 16 mógł dojść do skutku wspólny obiad. Czas na projekt własny następuje jedynie, gdy w drzwiach pojawia się rodzic numer dwa. Żeby zasugerować dziecku, że aktualnie do dyspozycji jest tylko opcja ‚tatuś’, żeby odseparować się od domowych spraw i produktywnie wykorzystać swoje pięć minut muszę z pełnym rozmachem udać się do pracy. Biorę kubek z czymś parującym, zamykam za sobą drzwi sypialni i zasiadam jak człowiek przy biurku.

Teraz robi się groźnie – opcje wyjściowe, których jeszcze nie doświadczyłam, ale które intensywnie planuję. Założeniem jest zdecydowanie się na jakąś formę opieki dla dziecka.

4. biuro na godziny

Jeśli stać nas psychicznie i finansowo na oddanie dziecka pod czyjąś opiekę na kilka godzin np. do klubu malucha lub żłobka to świetną opcją jest zapewnienie sobie na ten czas możliwość pracy w biurze. W domu zaraz zaatakuje prasowanie, telefon od koleżanki czy inne obieranie ziemniaków. W wielu miejscach można sobie wynająć wygodne stanowisko pracy, które zmotywuje, usprawni, doda profesjonalizmu. Wiele biur coworkingowych dołączyło do projektu ‚Biurko dla Mamy‚ i oferuje ciekawe warunki współpracy.

5. lokal własny a wspólny

Praca przez kilka godzin dziennie lub popołudniami, lub w innej wolnej chwili to trochę mało by porywać się na urządzanie sobie biura. Samo wyjście z domu jest na tyle motywujące, że jeśli dodać do tego jeszcze zajęcie wymagające specjalnej przestrzeni np. do spotkań z klientami czy zamaszystej pracy twórczej, to posiadanie lokum okazuje się bardzo kuszące. Gdyby znaleźć inną osobę czy dwie o podobnych potrzebach to wspólne udźwignięcie kosztów wynajmu biura byłoby łatwiejsze.

6. etat w biznesie / biznes na cały etat

Separacja doskonała – każdy ma swoje sprawy, ramy są sztywne, spotykacie się na kolacji. I marzę, i nie chcę. Chwilowo opcja czysto teoretyczna, choć widziałam w przyrodzie przypadki kultywujące proceder z sukcesem.

Aktualnie uskuteczniam sezonowy podtyp separacyjny „trochę żłobka, trochę domowego szpitala”. A Wy? Jaki obraliście model?