Te wszystkie rodzicielskie cisnące się na usta przestrogi w stylu „jedz tak, żeby nie narozlewać”, „nie tak szybko, bo się przewrócisz”, „jak farby, to nie kredki”, „mów ciszej” – wiecie te upominające, strofujące, modelujące uwagi mające zapewnić ład, sens, bezpieczeństwo, to nic innego jak próba skłonienia dziecka, by przestało nim być. Dorośli tak długo powtarzają te same teksty, że do spóły z upływem czasu przerobią każde energiczne dziecko w statecznego dorosłego. I niby taka kolej rzeczy, że dorastamy, ale jednak przedwczesne odbieranie dziecku dzieciństwa to zbrodnia.

1. Nie umiesz

Dorośli zwykle wyznają zasadę – nie umiem, to nie robię, ewentualnie pójdę się nauczyć. Dzieci mają w nosie ocenę swoich kwalifikacji, do pewnego stopnia robią to intuicyjnie, ale zwykle zabierają się z pełnym entuzjazmem za każde działanie. Nie umiem jeść widelcem? To przynajmniej podzióbię talerz dla wprawy. Nie da się przejść grubym od pampera tyłkiem przez wąską szczelinę? Nie zaszkodzi przeprowadzić eksperymentu naukowego w dziedzinie wąskości i nie-wąskości. Nie mam szans, bym jako półtoraroczniak sam wcisnął kozaki na piętę. Próby zdane na niepowodzenie, to też jakieś próby. Ucząc dziecko podejścia – 'nie zabieraj się do rzeczy, na które jesteś za mały, za słaby', uczymy rezygnacji, wygodnictwa, bierności. Później będzie trzeba nadrabiać w drugą stronę pod tytułem „już czas”. Oczywiście są jakieś granice eksperymentów i samodzielne picie soku marchwiowego na kanapie babci, to zbytnie ryzyko. Tam gdzie ryzykujemy tylko nieco zmarnowanego wg naszych dorosłych kategorii czasu, gryźmy się w język przy kolejnym „daj mi, sam nie umiesz”.

2. Miej zasady

Dorośli żyją według miliona reguł i dobrze. Ale czy dziecku poza kilkoma rytuałami i kilkoma nieprzekraczalnymi granicami potrzebne są nasze dorosłe ograniczenia? Że sprzątać trzeba po zabawie, to tak – ale czy zawsze wszystko ma stać na tej samej półce? Że układanka nie jest do wyrzucania przez balkon, to ok – ale czy jest jakiś problem by wymieszać wszystkie komplety i dać je misiom na obiad? Że po ścianach się nie maluje, to owszem – ale czy nakapanie farbą na pół podłogi w artystycznym ferworze to zbrodnia? Że krzyczeć z nieuzasadnionej złości zbyt długo się nie powinno, to się zgodzę – ale czy ono nie powinno mieć prawa krzyczeć z radości?

3. Życie to nie bajka

Dorośli to zwykle realiści po przejściach, z doświadczeniem, z kredytem. Muszą urealniać plany, dostosowywać się do okoliczności, nie mogą w całej rozciągłości żyć mrzonkami. Ale dzieci mają prawo do życia w alternatywnej rzeczywistości. Owszem, dowiedzą się, że kot odszedł już na zawsze, że mamę boli głowa i dziś nie leci w kosmos, że na poważne pytanie należy udzielić rzeczywistej odpowiedzi. A tak poza tym mogą sobie wierzyć w co chcą, mogą marzyć o krasnalach, które sprzątają bałagan w pokoju, św. Mikołaj nie namiesza im przesadnie w głowach, skrzydła wróżki pasują na zakupy w Tesco, a sąsiad jest szpiegiem obcego wywiadu (tylko lepiej nie zdradzić się, że wiemy).

4. Najpierw obowiązki, później przyjemności

Taka mantra mająca motywować dorosłych żeby np. od poniedziałku do piątku poginali do biura w zamian za sobotę z drinkami. Przykro by mi było wtłaczać dziecko w taki schemat. Lepsza wydaje mi się opcja, by sprawić żeby wszystko było przyjemnością. To wcale nie takie trudne w dziecięcych realiach. Mycie zębów to powód do śmiechu od piany na nosie, odrabianie lekcji to zgłębianie tajemnic świata, sprzątanie pokoju to szukanie skarbów, sprzątanie ze stołu to zabawa w kelnera a mycie włosów – test na nurka. A więc jakaś kolej rzeczy jest – ale jakie to rzeczy? Jedna lepsza od drugiej. Sama frajda!

Towarzyszymy dziecku w jego codzienności, nakierowujemy, uczymy, wychowujemy. Łatwo w tej misji przedobrzyć. Zawsze kiedy uwagę kierowaną do córki mogłabym bez utraty sensu zastąpić tekstem „nie zachowuj się jak dziecko”, wiem, że przesadziłam.