Nie chciałabym, żeby ktoś za mnie opowiedział historię mojego dzieciństwa. To moje prawo i mój przywilej, by przeprowadzać autorską selekcję wspomnień, mój problem, by odszukiwać w odmętach pamięci daty i wydarzenia, moja rola, by dobierać osoby godne poznania tajemnicy mych warkoczopochodnych loków z zerówki.

Nie wyobrażam sobie, żeby teraz ktoś systematycznie pokazywał w co się ubieram, relacjonował ile mam zębów i jak długo spałam lub co jadłam. Czy moje dziecko by chciało?

(Jeżeli zaczynasz się już bulwersować – przejdź szybko do ostatnich akapitów.)

To nie argument, że wszyscy dziś relacjonują szczegóły ze swojego życia i takie mamy czasy.

Dopóki to ja wybieram, którą kanapkę wrzucam na instagram to jest ok. Ale nie chciałabym, żeby mąż pokazał, ile placków ziemniaczanych potrafię zjeść. Jeśli kiedyś córka sama będzie chciała pokazywać swe zdjęcia z dzieciństwa to ok, nie widzę problemu. Ale co jeśli nie będzie chciała, a one w hurtowych ilościach będą już dawno udostępnione przeze mnie? Co jeśli będzie potrzebowała wygłosić niewinną interpretację rzeczywistości w postaci twierdzenia, że nigdy nie lubiła różu, a internet będzie pełny przeciwnych dowodów?

Prowadzenie publicznego pamiętnika to nie prezent dla dziecka – to odbieranie mu jego wersji wydarzeń, jego historii, jego interpretacji i jego selekcji wspomnień.

To nie argument, że to co publikuję jest tylko pozytywne, piękne i nieszkodliwe.

To tylko ocena z danej chwili i od danej osoby. Za 15 lat wszystko będzie inne, tak jak nikt dziś nie nosi odblaskowych dresów z kreszu, a kiedyś były hitem. Niepohamowane opowiadanie o dziecku, często bywa przez nie odbierane jako zdrada. Wielokrotnie widziałam jeżące się dzieci, gdy słuchały relacji o sobie fundowanej przez rodziców sąsiadce albo ciotce. Nawet jeśli to były jakieś przechwałki, albo zwykłe, codzienne wydarzenia. Te rozmowy jednak znikają, to co zostawimy w internecie nie zniknie.

Dzieciństwo to specyficzny czas w życiu. Jedyny taki.

Nabiera specyficznej magii dzięki własnym interpretacjom wyzbytym szczegółów. Idealizuje się jego obraz poprzez dobrodziejstwo niepamięci. Jest pełne tajemnic, zdarzeń znanych tylko w najwęższym gronie bliskich. Lubimy do niego wracać i głosić „pamiętam, jak w dzieciństwie…”

Pamiętam, jak w dzieciństwie dostałam burę za wdepnięcie sandałem z białymi koronkowymi skarpetkami w wielkie błoto. Mam wkoło tej historii zbudowanych mnóstwo emocji, interpretacji i poczucie specyficznego klimatu. Nie chciałabym przeczytać szczegółowej relacji z tego dnia okraszonej fotką skarpetki, sandała i błota też. W mojej pamięci było duże i głębokie – a w rzeczywistości? Może to zwykła kałuża.

 

Staram się pisać tak. by wnioski dotyczyły mnie, a nie mojego dziecka, chcę żeby mój parenting był o rodzicielstwie a nie o dzieciństwie, chcę żeby z przytoczonych faktów, obrazów, urywków rzeczywistości nie dało się złożyć spójnej historii o mojej córce, chciałabym tworzyć opowieść uniwersalną – taką, która może być o każdym albo o nikim, fakty przytaczać dla odmalowania opinii, a nie rzeczywistości. Opowiadać, ale nie relacjonować.

I wiecie, ten tekst to nie atak na ludzi o innym poglądzie. Tu nie ma jednej racji. To tylko moja wizja, którą muszę sobie na na nowo uzmysławiać, gdy prowadzę selekcję w dzieleniu się publicznie tym, co dotyczy też mojej córki. Nie ukrywam – bardzo muszę hamować spontaniczne zapędy w konfrontacji z założeniami.

Mój jedyny postulat, który odważyłabym się zaproponować, mógłby być tylko taki, żebyś przy wyznaczaniu własnych granic skupił się na skutkach, które mogą dotknąć dziecko, a nie na przyczynach, którymi kierujesz się w tej chwili. Z wzniosłych, pięknych i pozytywnych pobudek też może wyjść coś przykrego, a to czy coś jest przykre, to już nie Ty będziesz oceniał.