Myślenie to dziś zajęcie dla wyjątkowo zdeterminowanych.

Jeśli stawiasz tezy z góry, jeśli wciąż za bazę do wyciągania wniosków bierzesz swe w dawnych czasach utarte przekonania, jeśli nie miewasz wątpliwości, jeśli wystarczają Ci gotowe odpowiedzi, to tylko konsumujesz resztki. W modzie jest teraz działanie szybkie i automatyczne, posiadanie kilku fundamentalnych przekonań gotowych do wykrzyczenia, droga na skróty, zero wysiłku analitycznego.

Bloger X, znasz ten typ – egocentryk, pustostan, sprzedaje dzieci. A tu pojawia się informacja, że w jakiejś akcji charytatywnej sporo się udziela. Wniosek: znowu chce popularność i miliony na cudzym nieszczęściu zrobić. Ewentualnie: sumienie ruszyło dziada wstrętnego, ciekawe tylko na jak długo.

Supermarket, konkurs – masz minutę, wszystko co zdążysz włożyć do koszyka, będzie Twoje. I jedziesz po najwyższych półkach, po sprzętach wszelakich. Nie ważne, że telewizor już masz, że dresów w trzy paski nie założysz. Tylko frajer brałby to, czego naprawdę potrzebuje.

Znowu wejdź do supermarketu. Niby wszyscy lubimy mieć duży wybór, ale on wcale nam nie służy. Po podjęciu decyzji zakupowej zwykle rozmyślasz, czy słusznie wybrałeś. I łatwiej wyzbyć się dyskomfortu, niepokoju i uznać zakup za satysfakcjonujący, gdy wybór zapadł między dwiema opcjami, niż gdy na przykład mogłeś kupić jeden z 15 produktów.

(Oj, dobra – wiem, że Ty nie – ale takie są tendencje. Pierwszą odpowiedni bloger potwierdzi, drugą i trzecią zbadali naukowcy.)

Myślenie boli wbrew powszechnemu powiedzonku twierdzącemu, że absolutnie.

Co roku na świecie drukowanych jest 300 tysięcy nowych książek, internet mieści ponad 2 miliardy stron. W jednej gazecie przytoczonych jest tyle faktów, podanych tyle informacji, ile kiedyś trafiało do ludzi przez lata. Informacje bombardują nas bez przerwy i rzetelne ich przetwarzanie jest już w zasadzie niemożliwe. Musimy się bronić. Scrollujemy fejsa, czytamy tylko nagłówki, oceniamy pochopnie, ale oczywiście mamy zdanie na każdy temat. Dociera do nas informacja, ale żeby zamieniła się w wiedzę musi być poddana jakiemuś usystematyzowaniu, przetrawieniu, musi korespondować z tym co już znamy, musi być opatrzona wnioskami. Tego teraz się nie robi, bo i po co. Informacja to nic wyjątkowego – każdy ma do niej darmowy dostęp, ciekawość poznawcza zanika, zadawanie pytań jest niemodne, długo studiowane tezy są nieefektywne.

 

Można by pomyśleć (au!), że współczesność nie sprzyja człowieczeństwu. Bo przecież to ludzkość od zawsze charakteryzowało, że z jednostek myślących się składała, a teraz zmierzamy w jakimś dziwnym, bezrefleksyjnym kierunku. Myślenie o niebieskich migdałach jest stratą czasu, szukanie prawdy w dowolnej dziedzinie jest skazane na porażkę, gromadzenie wiedzy jest bezużyteczne, bo i tak zawsze będziemy wiedzieć mniej niż jeden smartfon, wierzenie w cokolwiek albo komukolwiek zbyt ryzykowne, a w ogóle to jest tyle rzeczy do zrobienia, że kto by miał czas na głupoty.

I to mnie najbardziej smuci. Nie żebym sama była jakąś filozofką, ale lubiłam wpatrywać się w rysy ludzkich twarzy zdradzające cień myśli. Dziś widać albo podświetlone niebieską poświatą ekranu zmarszczki od wpatrywania się w nieznaczące wiele fakty, albo nie widać nic, poza tym, że botoks zadziałał.