Dobro to nie samo dobro, miłość to nie sama miłość.

Rodzi się dziecko – fakt poprzedzony długim oczekiwaniem i mniej lub bardziej intensywnymi przeżyciami. Nagle (bo nawet jeśli po 15 godzinach to i tak nagle) pojawia się ono, po prostu jest i płacze. Czuje się różne rzeczy, których się nie oczekiwało – ulgę, strach, osamotnienie; te które się przewidywało – ból, potrzebę zaopiekowania się nową istotą; a często nie ma tego czego było się pewnym – obezwładniającej miłość. Miłość miała urodzić się wraz z dzieckiem i zalać twarz łzami szczęścia, jak na amerykańskiej komedyjce. Ciekawa jestem ile matek zdążyło pomyśleć „co ze mną nie tak, nie kocham swojego dziecka?” Oczywiście nie śpią, karmią, przytulają, dbają, drżą o jego dobro, ale te pierwsze uczucia często nie są tymi, których się spodziewały. Ta miłość tworzy się w procesie i nie ma apogeum. Wzrasta i kumuluje się. Dojrzewa. Tak jakby matczyne serce nie było gotowe na nagły rozrost do rozmiarów, jakie zaanektuje nowa miłość.

Ktoś wyciąga rękę i prosi. O nic wielkiego, żadne wyłudzenie, żaden podtekst. Dla człowieka uważającego się za przyzwoitą, empatyczną osobę to powinna być naturalna sytuacja. A jednak udostępnienie ramienia przygarbionej staruszce poruszającej się niemal w miejscu i odprowadzanie tylko tam do zakrętu podczas tej chwili przerwy, na jaką można było wyskoczyć z biura po drożdżówkę, ciąży bardziej niż staruszki siata z zakupami. Bo wyjaśnienia, że ‚staruszkę przez pasy’ takie oklepane, bo drożdżówka niezjedzona przed kolejnym spotkaniem, bo po co ona tyle na raz kupiła. Dobro nie jest oczywiste, nawet w tak ewidentnej sytuacji. Dobro samo się o siebie upomina, wmusza się i zanim się zakorzeni, to uwiera.

Często boli, kiedy serce się rozrasta.