Dlaczego rodzi się tak mało dzieci?

W gruncie rzeczy nie o zasiłki chodzi, nie o niskie pensje, brak stałej pracy, małe mieszkanie, kulejącą politykę prorodzinną, hedonistyczne podejście do życia. O czas chodzi. Ludzie z doświadczenia, z obserwacji, z podświadomości czerpią wiedzę o tym, że na dziecko potrzeba bardzo dużo czasu. Tempo życia wciąż się zwiększa, eliminujemy więc niepotrzebne projekty długoterminowe.

Kto ma dziś osiemnaście lat wolnego czasu?

Wychowanie dziecka to od dawna dużo więcej niż zapewnienie opieki, wiktu i opierunku. Teraz to misja, wyzwanie, projekt, ryzyko, zajęcie wymagające pełnego zaangażowania i ciągłego zdobywania wiedzy. Nie o ziemniaki z kotletem chodzi a o zbilansowaną, zdrową dietę pełną jagód goji. Nie o bluzę na zamek a o świadome kreowanie poczucia estetyki w oparciu o stylizację osób i przestrzeni. Nie o lalkę a o wyzbywającą stereotypów konstruktywną zabawę kształtującą osobowość. Nie o posłanie do szkoły a o ratowanie indywidualizmu i podsycanie naturalnej ciekawości. Nie da się z czystym sumieniem postawić dziecka obok siebie i po prostu żyć.

Presja nadążania za światem, nieustannego i wszechstronnego rozwoju, ciągłości zawodowej nijak pasuje do presji wsłuchiwania się w prawdziwe potrzeby dziecka, pochylania się nad jego indywidualnym tempem rozwoju, niespiesznego towarzyszenia w poznawaniu świata. Albo gonię do pracy i wpycham zakatarzone dziecko na przedszkolną salę, albo zostaję w domu i wycieram nos, bawię się w leczenie lal, wyciskam świeże soki. Wybór zawsze będzie niekomfortowy, a ograniczone zasoby czasu zmuszać będą do setek tego rodzaju niewygodnych wyborów. Zawsze coś kosztem czegoś.

Prababcie nie rozumieją, jak przy dostępie do współczesnych udogodnień w rodzaju pampersów i bieżącej wody można mieć problem z zajęciem się dzieckiem. Zachodni politycy nie rozumieją, dlaczego ogólny dobrobyt, ulgi, urlopy i ochrona stanowiska pracy nie przekładają się na poprawę wskaźników demograficznych. Psycholodzy nie rozumieją, że w obliczu rozdwojenia najłatwiej pójść w skrajność i z zaskoczoną miną załamują ręce nad rodzicami nieobecnymi, delegującymi proces wychowawczy na nianie i instytucje oraz nad rodzicami nadaktywnymi, projektującymi każdą sekundę życia dziecka.

Wiedza, świadomość, poczucie wpływu na dziecko powodują, że wymagania, które w obliczu rodzicielstwa przed sobą stawiamy zupełnie rozjeżdżają się z realiami współczesnego życia. Choć tkwimy w pełnym rozkroku między oczekiwaniami a dostępnym na ich realizację czasem, to tym sposobem nic się nie urodzi.