Oglądanie sportu w telewizji powinno być zakazane – te dwie rzeczy kłócą się ze sobą bardziej niż błękit z pomarańczem. Niby sport, a człowiek garbacieje, ślepnie, tyje, flaczeje, zapada się w kanapę i w talerz. Jednak w weekend, wbrew mym przekonaniom, śledziłam trochę przebieg aktualnej olimpiady i teraz patrzę na to całe wydarzenie nieco bardziej łaskawie. Przecież olimpiada jest jak macierzyństwo!

– przed fanfarami jest trud, po też

Obserwator widzi metę, splendor, fanfary i chrzciny, a matka jak sportowiec – najpierw rodzi się w bólach, a po gratulacjach i kwiatkach wraca do słodkiej orki na ugorze

– zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie kibicował

Chcemy dziecko, chcemy dziecko! Więcej dzieci. Kiedy dziewczynka, kiedy braciszek? Dopingują, popędzają, dmuchają pod narty i pod pierzynę. Refundowany psycholog do nauki swobodnego funkcjonowania pod presją na wyposażeniu w każdym domu i ogrodzie.

– przygotowania nie zagwarantują sukcesu

Możesz trenować, obserwować bardziej doświadczonych zawodników, realizować precyzyjnie opracowaną taktykę, a i tak macierzyństwo Cię zaskoczy i czasem zrzuci z podium. Możesz też być zieloną matką debiutującą, a dziecko i tak kiedyś wręczy Ci medal – choćby za odwagę.

– spotkasz się z rywalem

Chcesz czy nie chcesz będziesz walczyć – z tymi, którzy krytykują to, że śpisz z dzieckiem lub że nie śpisz, że szczepisz lub nie, że karmisz mlekiem naturalnym lub bułką z bananem. Niby obowiązują zasady fair play, a największy nokaut możesz odebrać leżąc na macie depresji poporodowej.

– jak już raz się zakwalifikujesz, to zawsze będziesz chciała być lepsza

Zostajesz reprezentantką zacnego grona matek i wszystko się zmienia, podkręcasz swoje osiągnięcia, zwiększasz obroty, chcesz być lepsza dla dziecka, dla siebie, dla kraju. Marsz, marsz z wózeczkiem.