Pierwsze wspólne wyjście na galowo. On w garniturze skrojonym na gust mamy objawiony z okazji matury. Pod marynarką w prążki skryta ona. Ma powody się chować, lepiej żeby nikt jej takiej nie widział, lepiej żeby nie psuła mu reputacji, lepiej by było gdyby w ogóle się tu nie pokazywała. Ale wieczór się posuwa, muzyka przyspiesza, a spod marynarki odwieszonej na krzesło wyłania się szkaradna kamizelka i błyszcząc od tyłu, wiruje na parkiecie. A wesele nie w remizie. To nie złudzenie, to nie hiperbola, są dowody na kilku zdjęciach. Wiecie – szczypior w kamizelce i krawacie taty. A ja? Przecież nie lepsza z tuszem tylko na górnych rzęsach na wypadek wzruszeń i zbrylonym lakierem na paznokciach. Nie lepsza, ale za to kategoryczna. Zerwałam jedną znajomość za upiorny bukiet skonstruowany z róży, kokardy i szparagusa czy jak to tam zwało się zielsko w peerelu zwane przybraniem, byłam gotowa zerwać kolejną za kamizelkę. Ta kamizelka to największy fart mojego życia, powinnam ją nosić jako wór pokutny.

Kamizelka kuloodporna hitem nadchodzącego sezonu. Może być w kratę lub z dodatkiem sztucznego futra przy kołnierzu. Tak mówili w Polsacie. Na świecie jest tak strasznie – ona boi się epidemii Eboli, terrorysty podcinającego gardła, Putina przymierzającego się do zawładnięcia Europy i zakwaszenia organizmu. Ogląda pięć programów informacyjnych na dobę i zapamiętuje gdzie na świecie ktoś zachorował na gorączkę krwotoczną, by przedyskutować sprawę z Tereską już następnego ranka w tramwaju. Do apteki idzie po suplementy, tabletki, usypiające trzeźwy ogląd sytuacji blistry w kartonie z nową reklamowaną nachalnie nazwą. Kamizelkę przywdziewa, ten futrzany kołnierz zaciąga aż na oczy i nie da się trafić. Nie słyszy płaczu za ścianą, nie pójdzie do lekarza na podstawowe badania profilaktyczne, nie zlikwiduje tłuszczu z brzucha bezgłośnie tykającego jak bomba, nie ubezpieczy domu, upraw, biznesu, nie opieprzy szanownego kierowcy, któremu noga ciąży na pedale gazu, nie otworzy koperty od firmy windykacyjnej, nie weźmie na poważnie czyjegoś smutku, nie powstrzyma szwagra po dwóch wsiadającego za kierownicę. Ebola jej zagraża, kto by się w takich okolicznościach pierdołami przejmował! W kamizelce jak kulą w płot, a do tego wygodnie i ciepło. Co z tego, że 100% z nas umrze nie na to o czym mówi, nie na to czego się boi?

Wakacje. Jadą. Należy im się. Mają już wszystko – kabanosy na piknik, fotelik z tektury nabyty w supermarketowej promocji do nowego samochodu i kamizelki ratunkowe na rejs. Kabanosy będą jedli w pośpiechu podczas drogi, bo mają opóźnienie. Jak się jest dobrym, doświadczonym kierowcą to kubek z kawą trzyma się kolanami a kabanosy można skutecznie dzierżyć w dłoni nawet przy zmianie biegów. Fotelik jest dobry – ma ciemną tapicerkę i nie zaszkodzi jej gdy wrzuci się tam buty i zabawki wyjęte z piaskownicy. Nie będą przecież męczyć dziecka i słuchać całą drogę płaczu spętanego pasami turysty, skoro jadą bocznymi trasami Mazur, gdzie mały ruch i jeszcze mniej policji. Już prawie doszli do wynajętej łajby, by wypróbować swe żeglarskie instynkty, bo o umiejętnościach trudno mówić, ale ona się uparła! Kazała wracać po te zapomniane z bagażnika kamizelki. Wzięli, położyli na pokładzie, niech leżą – mogą się przydać. Źle użyte zabezpieczenie jest gorsze niż jego brak – i tak nie zadziała, nie ochroni, a tylko niepotrzebnie podsyca w tępakach złudę należycie wykonanego obowiązku.

Morał? Nie noście kamizelek, a nawet noście koniecznie.