Jakiego mężczyznę wybieram dla siebie, to mój biznes i nawet nie uważam, że priorytetowy – przecież zawsze można zamknąć interes i zacząć od nowa z kimś innym. Ale, gdy pojawia się myśl, by w wmieszać w nasze życie kogoś jeszcze, to już nie taka błaha sprawa. Nie chciałabym obarczać dziecka niezmierzonymi skutkami mojego złego wyboru.

Nie było, co prawda tak, że w wieku lat dwudziestu, gdy chodziliśmy na pierwsze spacery, analizowałam Jego kompetencje, jako kandydata na ojca mych dzieci. Na hasło „dziecko” pomyślałabym raczej, że ktoś mnie woła. Wiem jednak, że rozsądek nie zawiódł mnie na żadnym etapie naszej znajomości, i że decyzja o zakwalifikowaniu Tego Pana na partnera w projekcie „Dziecko” była wyzbyta emocji, płytkich uniesień, zauroczeń i innych impulsów, w jakich kiedyś lubiłam lewitować. Widzę ich dwoje i wiem, że dobrze wybrałam.

Nie, że plebiscyt, bo wszystkie miejsca zajęte, ale taka post factum analiza: jaki powinien być ojciec mojego dziecka?

Powinien mnie kochać najbardziej na świecie.
Nie dziecko, nie loty paralotnią, nie dżin z tonikiem. Miłość i wynikające z niej pomniejsze kwestie, jak szacunek, oddanie, troska to najlepszy klimat dla porostu dziecka. Nie chodzi o deklarowanie uczucia do dziecka, co bezbłędnie czynią np. rzucający się sobie do oczu rozwodnicy, tylko o atmosferę domu, o poczucie bezpieczeństwa, jakie budują rodzice będący blisko siebie, o wzór poprawnych relacji.

Powinien być mądry.
Nie tyle chodząca encyklopedia mi potrzebna, co życiowo myślący, inteligentny emocjonalnie, słuchający, czytający, obyty. Jeśli przysypiający po długim dniu mężczyzna potrafi wysłuchać godzinnej tyrady o dylemacie obuwniczym – wiem, że wysłucha każdego pytania naszego dziecka, jeśli wytłumaczył mi skutecznie, co znaczy spalony – wiem, że będzie cierpliwie pokazywał dziecku świat.

Powinien być aktywny.
W zależności od okoliczności musi wstać z łóżka, by zgasić światło, przebiec parę kilometrów, by nie zdziadzieć, podnieść rękawicę, podjąć inicjatywę, odpowiedzieć na apel, wyznaczać cele. Niech ma pasję, niech chętnie wkłada kubki do zmywarki, niech porywa tłumy. Na laurach spoczniemy po dziewięćdziesiątce.

Powinien mieć kasę.
Nie czarujmy, że nie. Są chwile, np. w piątą godzinę na porodówce, gdy to on musi przejąć ciężar odpowiedzialności, ogarnąć biznesy, konta i mieć coś ‚na karcie’ by zadzwonić do mamy. Życie z człowiekiem-artystą, zbyt natchnionym, by dbać o przyziemne sprawy, musi być równie nieznośne co inspirujące.

Powinien patrzeć w tym samym kierunku.
Musi być nam zawsze po drodze, priorytety muszą być zbieżne, wartości tożsame. Nie wyobrażam sobie ciągłych prób budowania kompromisów w kwestiach, w których nie są one możliwe. Nie można trochę mieć dziecka, trochę karać go klapsami, trochę wyjechać z kraju.

Powinien zrobić mi masaż.
To postulat na wypadek, gdyby mężny trafił na ten post. ;)