Wiecie, jest jedynie słuszny model na te czasy dla matki klasy średniej z miasta dużego, a kraju pięknego. Należy dziecko począć i urodzić w ciszy i harmonii pomimo licznych dyskomfortów natury fizjologicznej, organizacyjnej i personalnej (personalnej od personelu – w szpitalu). Nie poleca się rodzenia przed czasem ani po – z tego są zwykle spore problemy, bo chociaż w kraju tym dominuje szeroko pojęta ochrona życia od poczęcia, to po wydaniu poczętego na świat, ulega ona daleko idącemu ograniczeniu.

Gdy już z nowym członkiem rodziny poukładacie sobie rzeczywistość, przybywać do Was będą wysłannicy złych mocy próbując podkopać świeże fundamenty. Wujaszek z niesmakiem spojrzy na ojca dziecku zmieniającego pieluchę, znajomi zaproponują mu wyjazd w Bieszczady, bo przecież mama da radę z niemowlakiem (a co? nie da?), lekarka w przychodni będzie rozmawiać tylko z matką, dając ojcu do zrozumienia żeby lepiej do pracy poszedł czy na inną wódkę. Niezauważalnie ciężar odpowiedzialności będzie spadał na te wątlejsze barki i trzeba będzie sporo trudu obojga świeżo upieczonych rodziców, by nie dać się zepchnąć na tory zabytkowej kolejki wąskomyślowej.

Będą momenty trudne fizycznie, psychicznie, organizacyjnie, ale w kraju naszym nie praktykuje się raczej wystosowywania ofert realnej pomocy w stylu ‚poleż odłogiem w połogu, a ja ugotuję’, ‚idźcie do kina lub psychiatry, a ja płaczu posłucham”, „wpadnę w sobotę, ale nie na kawkę, a na prasowanie wyprawki”. Zamiast tego tradycją jest powtarzanie ‚pierwszy miesiąc najgorszy, teraz to już…’, ‚ząbkowanie trudne, jak już wyrosną czwórki…’, ‚zima się skończy, to będzie lepiej’, ‚pójdzie do żłobka, do dzieci, nie będzie się tak buntował” i inne obiecanki cacanki. Matka, która nieco pewniej poczuje się w nowej roli, zaczyna się stawiać i mieć własne zdanie – wtedy należy jak najszybciej sprowadzić ją do parteru troskliwymi pytaniami, opiniami i informacjami, że smoczek to diabeł z sylikonu, że sok to sztuczna szczęka przed trzecimi urodzinami, że jeśli dziecko jeszcze nie wypowiada stu dwudziestu czterech i pół słowa, przy czym ‚mama’ się nie wlicza, to należy niezwłocznie odwiedzić logopedę, pediatrę, neurologa, dentystę i sąsiadkę.

W chwilach niepewności, zmęczenia lub frustracji nie należy przypadkiem szukać zrozumienia u innych matek. Inne matki są albo wspaniałe do szpiku i w ogóle nie będą w stanie zrozumieć jakim cudem nie potrafisz z pasją i radością odpieluchować recytującego alfabet roczniaka, albo będą promieniować wyimaginowanym szczęściem powtarzając wciąż ‚dzień dobry, dziecko to skarb, prawda, dzień dobry, ależ już duży”, albo będą poprawiać sobie samopoczucie Twoim kosztem odhaczając podczas rozmowy na swej mentalnej liście punkty, w których jej dziecko jest bardziej hop do przodu od Twojego. Lepiej też nie zwracać się do osób bezdzietnych – te będą Cie unikać, bo to.. yy.. dziecko, czy jak mu tam, to musi być potworna nuda i hałas a Ty na pewno będziesz tylko o tym mówić, albo bo nie chcą przeszkadzać i dadzą Ci te 15-20 lat na ogarnięcie sytuacji, albo bo już 3 razy odmówiłaś nocnego klabingu po Sopocie i najwyraźniej chcesz zerwać kontakt.

Matka przez rok powinna siedzieć w domu i nie szlajać się ani sama, ani z dzieckiem po restauracjach, sklepach, urzędach, nie hałasować, nie molestować wyobrażeniem karmiącego biustu i nie wymagać w każdym kącie przewijaków, kredek i mikrych krzesełek. Po upływie roku zaś należałoby się wreszcie wziąć za siebie i ruszyć z kopyta do kosmetyczki, do teatru, na fitness, do pracy. Wszystko zorganizować tak, by żadnej sfery życia nie zaniedbywać i nie pieprzyć o braku czasu, bo czasu wszyscy mają tyle samo – 24 godziny na dobę i już.

Jak mi nie wyszło? Wyszło! Wszystko. Bokiem mi wyszło to przeglądanie się w oczach społeczeństwa. Nie jestem superhiperekstra matką, ale mam najwspanialszą rodzinę pod słońcem, a także filozofię gwarantującą zdrowie, szczęście i przyjemność. Polecam.