Nawet w dziecięcym pokoju może przyczaić się zło. Zło od dobra zwykle łatwo daje się odróżnić – najczęściej jednak dopiero kosztowną metodą prób i błędów. Przedstawiam moją wizję dobra i zła. Może mamy tożsamą czułość sumienia?

Dobre, dobro, ahaha:

– białe ściany

Najpierw chciałam tego rodzaju fanaberie zakwalifikować do zła, bo widział ktoś kiedyś biały soczek? Ale jeśli nie chcemy dla wygody mieć dywanu w kolorze marchewkowym, ścian z gamy barw brudnawych, a zasłon w print imitujący plamy z czekolady, to biel jest całkiem dobrym pomysłem. Przy czyszczeniu kolor się tak mocno nie zmywa a szybkie odświeżenie ścian nową warstwą farby będzie najłatwiejsze i najszybsze przy użyciu bieli. Wizualnie też bomba – szmelc dziecięcy jest kolorowy do bólu oka – przydaje się nieco spokoju w tle.

– dziecięce rozmiarem meble do przechowywania

Wbrew ofertom wielu sklepów, okazało się, że to nie grawer kształtu misia lub pastelowy print czyni z mebla mebel dziecięcy. Inna jakość życia nastała, gdy drewniany, wysoki, piękny regał zamieniliśmy na zwykły ikeowy kwadraciak położony na dłuższym boku. Zołzina bez asysty bierze z niego co zechce, a i nawet czasem przez pomyłkę coś na miejsce odłoży. A samodzielne wyjęcie skarpetek i swetra z małej szafy? Cud!

– pudła, kosze, skrzynie, pojemniki

Wszelkie zbiorcze pochłaniacze dziecięcego mienia są w cenie. Nie ma co liczyć, że zabawki będą trafiały do osobnych, fabrycznych opakowań, że sprzątanie będzie tożsame z segregowaniem wszelkich dóbr. Jeśli na prośbę ogarnięcia pola bitwy, Zołzina reaguje wrzuceniem tego co na dywanie do dowolnego pudła, jestem usatysfakcjonowana. Łatwo wszystko przenosić z pokoju do pokoju, łatwo dla udrożnienia drogi ewakuacyjnej w mgnieniu oka zgromadzić wszelkie drobiazgi.

– książki

Nie słowne zachęty rodziców, nie szkoła, nie biblioteka, nie groźby – nic z tych rzeczy nie przekona dziecka do czytania. Żadna moc nie sprawi, że w wieku szkolnym książka do fizyki obudzi miłość do literatury. Najprostszą i najskuteczniejszą metodą jest odwieczna obecność książek w domu. Czytanie (tylko błagam – niech Zołzinie minie fascynacja jedną jedyną pozycją pt. „Zuzia uczy się piec”) to moja ulubiona forma zabawy z córką, to najlepsza inwestycja w jej przyszłość, a książki to najlepsza ozdoba pomieszczenia. Jeśli miałabym wymienić dwie kategorie rzeczy niezbędnych dziecku, to bez zastanowienia wymienię miejsce do spania i książki do czytania. Dopiero później pomyślę o oknie lub kocyku.

Złe, zło, do recyklingu:

– pompony, baldachimy, sto poduch w gwiazdki i tonaż maskotek

Jeśli Ci się przytulność marzy, to sobie lepiej dziecko przytul, a nie funduj wisielce i zawalipółki gromadzące kurz. Takie dekory ładnie wyglądają na zdjęciach, ekspresowo budują klimacik i dodają dodatkowe pranie lub trzy w tygodniu. Zwykle najpierw się to zawiesza z radością, później z pietyzmem wrzuca do pralki, następnie już tylko strzepuje uwalniając tumany kurzu, by wreszcie z piorunami w oczach wywalić z domu. Bzdety, a jakie drogie.

– wysokie półki

Jeśli przymocowane do ściany i zamykane drzwiczkami to ok. Jednak wolnostojące, otwarte regały są zagrożeniem dla bezpieczeństwa (przyjdzie, na pewno przyjdzie taki dzień, w którym dziecko będzie się po mebliszczu wspinało w górę) i zagrożeniem dla psychicznego zdrowia rodzica wciąż nawoływanego do zdejmowania przedmiotów z wyżyn. Nawoływania kończy dopiero zupełne ogołocenie mebla z przedmiotów – czyli mamy klasyczną utratę funkcji. Out!

– dywan z długim włosiem

Taki włochaty dywan jest trudniejszy do wyczyszczenia, może przed czujnym rodzicielskim okiem ukryć jakiś drobny przedmiot idealny do połknięcia przez małe dziecko, a poza tym nigdy nie chce oddać tyle banana, ile w niego wdepnięto. To wszystko to jednak jeszcze nic. Prawdziwy dramat zaczyna się, gdy dziecko zechce sobie na dywanie poukładać puzzle. Irytacja poziom „dziki byk na czerwonej łące”, afera i liczne oskarżenia o zakup niechybnie zepsutej układanki.

– ziarnko grochu w łóżku

Na różnych etapach będą to różne rzeczy. Dla noworodków i mniejszych niemowląt będzie to stosowanie poduszek lub kołder – potencjalnych dusicieli do niczego poza zagrażaniem życiu niepotrzebnych. Dla ciekawskich a silnych już łapek wieszanie w zasięgu karuzeli, którą można sobie ściągnąć na głowę do taktu uspokajającej melodyjki. Dla ząbkujących delikwentów – szczeble pokryte farbą lub lakierem (się później rodzice dziwią, że dziecko śniadanka nie chce – po zeskrobaniu sobie nowiuśkimi jedynkami porcji toksyn też bym nie była głodna). Dla starszaków dopiero co wypuszczonych zza krat – wysokie łoże bez boczków lub barierek łapiących podczas sennych wygibasów.

– telewizor

Po prostu nie. Nawet nie wiem, jak bez banału można to skomentować. Nie, nigdy i już.

Zołzina sypia w swoim pokoju od urodzenia, spędza tam sama odrobinę czasu w ciągu dnia i nagminnie nas u siebie gości na herbatce. Uważam jednak, że nie byłaby ani odrobinę mniej szczęśliwa, gdyby własnego pokoju nie miała. Małemu dziecku własny metraż zupełnie nie jest do satysfakcji z życia potrzebny. A nawet mogłoby jej być lepiej – przynajmniej nie byłaby zsyłana karnie do siebie w celu przemyślenia swych niecnych występków.

Na co poza helołkiti i hodowlą mrówek w pokoju dziecka się nie godzić? Macie jakieś typy?