Czasami wstaje się lewą nogą, albo zła passa trwa kolejny tydzień, albo przy jakimś zadaniu do wykonania utknie się w martwym punkcie, albo brakuje energii, wiary, pasji, kreatywności.

Obserwuję Zołzinę i wiem, że ona nie ma takich problemów. To znaczy frustracja, znudzenie czy bezradność nie są stanami jej obcymi, ale potrafi wyśmienicie sobie z nim poradzić. Nieinspirujący miś zostaje ugryziony w nos, rzucony daleko za siebie i zastąpiony gumową świnią. Kredka czerwona wywołuje atak rozpaczy, ale ołówek z gumką jest lekiem na całe zło. Dwie piłki irytują, ale gdy jedna wtoczy się pod stół i zniknie z zasięgu wzroku, dzień od razu staje się lepszy. Gdy matka wkurza, tata punktuje.

Czyli recepta jest prosta. Nie trzeba od razu rezygnować z zabawy, wystarczy zmienić narzędzie.

Gdy tekst nie chce popłynąć na klawiaturę komputera, można zacząć pisać kolorowym mazakiem na odwrocie gazety. Gdy droga wydaje się trudna, można raz przejść ją w obcasach dla zmiany perspektywy. Książka, której wątek zaczyna zmierzać w niechcianym kierunku będzie znośna po prasówce dzienników. Śniadania wiejące rutyną można ożywić posypując cokolwiek furą owoców. Pończochy zimą, kawa ze szklanki, spanie na dywanie, krótkie filmiki zamiast zdjęć, spotkanie zamiast e-maila, kawiarnia zamiast biura, dziwne danie w restauracji zamiast ulubionej sałatki.

Nowe narzędzie nie jest rozwiązaniem problemu, ono tylko i aż uwalnia myśli. Zwykle do sukcesu trzeba nam po prostu dobrego nastawienia. Zaistniałe w czasach studenckich wbicie gwoździa w ścianę przy pomocy dziurkacza to jeden z fundamentów mojej wiary w siebie.