Doprawdy w osobliwych czasach przyszło mi wegetować. Podejrzewam, że na mym bladym licu maluje się obraz permanentnego zdziwienia. W ciąży już byłam, ale to w niczym nie pomaga. Tamta to była jakaś podpucha dla zmyłki i gdyby nie obecność Zołziny to byłabym skłonna uwierzyć, że nic podobnego w moim życiu nigdy nie miało miejsca. Wiecie, perfekcyjne samopoczucie od pierwszych dni, przypływ energii i spokoju, niespotykana radość z konsumowania lodów i warzyw gotowanych na parze oraz wcięcie w talii do 9 miesiąca.

To co dzieje się teraz na tle sprzed 3 lat jawi się jako jakiś ponury żart. Mdłości, które nieśmiało zaczęły się zanim test pokazał dwie kreski i które kumulują się i wzrastają w siłę kolejny miesiąc. Ciągłe uczucie głodu połączone z wstrętem do jedzenia, nietolerancją zapachów i pogardą dla przeżuwania. Lodowate ręce, zawroty niedotlenionej głowy i by oszczędzić dalszych szczegółów powiedzmy, że ogólne samopoczucie lewitujące znacznie poniżej akceptowalnych norm.

A brzuch? Dlaczego on tym razem rośnie z każdym dniem i zanim nabierze typowo ciążowej linii robi mi stylóweczkę na jakiegoś opaślucha? Mam w trzecim miesiącu przywdziać te dżiny na elastycznych pasach mocowane? Przecież poprzednio nosiłam moje niedopięte rurki prawie do porodu. Ciąży mi bebzun a w nim góra 6 centymetrów dziecka. Gdybym nie widziała dwa razy na ekranie lokatora singla byłabym przekonana, że to minimum trojaczki.

Cisza, relaks, kocyk, książka, poobiednia drzemka. Phi. Z trzylatką u boku, z tą która do łazienki, makaron, nie makaron, naleśniki, wody, soczku, herbaty ale czarnej, klocki, układanka, przynieś pudło, zmień spodenki. Tej, która zaraża mnie zapaleniem gardła po czym każe czytać książki z podziałem na głosy. Czasami nie daję rady zwlec się z kanapy na liczne dywanowe rozrywki, ale przecież nie mogę wciąż narzekać i zbywać te intensywnie nagabujące decybele. Czytam więc, robiąc przydługie, teatralne pauzy na tłumienie nadciągających spazmów mdłości.

To już niech lepiej rośnie ten brzuch, niech mi zapewnia alibi dla przekładania się z kanapy na fotel, niech mnie dobrzy ludzie przepuszczają w kolejce do rejestracji i do rytualnego upuszczania krwi przez laborantkę. Niech przerośnie w profilu linię biustu, nosa i rozczochranej grzywki. Niech już będzie wiosna i finał. Zupełnie nie w głowie mi tym razem celebrowanie zaokrąglania czy deklarowanie, że w tej szczęśliwości mogę chodzić choćby rok. Każda ciąża jest inna mawiali. I w obrębie jednego obciążonego osobnika prawidło to ma również zastosowanie. Nigdy już nie prychnę złowrogo na wieść, że któraś tam od razu na zwolnieniu albo że jak to można tyle narzekać w obliczu nadchodzącej wspaniałości. Przeprowadziłam badania statystyczne na sobie. 50 %  ciąż jest nie do zniesienia. W obliczu takiego ryzyka każda z nas ma prawo do wszystkiego, a nawet i do znacznie więcej.