Jakie to kuszące! Porównać, oszacować, wpisać w ogół. Kasia ma dwa zęby, Ani urosły już cztery – a więc moja córka ze swoimi trzema trzyma jeszcze fason. Mieści się w średniej, dam jej jabłko.

Tak to sobie od początku ważymy, mierzymy i zliczamy wypowiadane słowa lub poprawnie rozpoznawane kolory. Lubimy uplasować dziecko co najmniej na średniej, dlatego tak wspanie posłuchać że jakieś jeszcze nie chodzi lub nie zakłada samodzielnie skarpetek. Mamy chwilę na oddech, można odwołać wizytę u specjalisty i iść do piaskownicy. Może w konwencjonalnym rozumieniu przeznaczenia łopatki nasze dziecko okaże się ponadprzeciętne.

Z czasem rozrysowywanie w głowie siatek centylowych na każdy aspekt życia malca staje się trudniejsze. Rzeczywistość wymyka się spod kontroli, zebrane dane nie dają się łatwo zestawiać ze sobą, a chęć policzenia trzonowców grozi utratą palca. I dobrze! Bo dziecko to nie średnia, dziecko to suma. Doświadczenia, charakter, umiejętności, geny, środowisko, ślepy los i milion innych czynników kształtują, lepią, determinują i zebrane w całość tworzą człowieka.

Dziecko to nie miejsce zajęte na mecie, a iskry w oczach na starcie lub chude łydki w sportowych skarpetkach.

Dziecko to nie recytowany z pamięci wiersz, a uwielbienie dla pewnej książki czytanej przed snem.

Dziecko to nie wiek porzucenia pieluch lub smoczka, a postawa przyjmowana w obliczu wyzwań.

Dziecko to nie ocena lub ładne pismo w zeszycie, a chęć rozwoju i poznawania świata.

Dziecko to nie długość wyrosłych już włosów, a uczucie zapisujące się w opuszkach palców na prośbę o pogłaskanie czoła.

Dziecko to nie ilość wygłaszanych do obcych zwrotów grzecznościowych, a głębia relacji budowanych z bliskimi.

Wyciągając z dziecka średnią, warunkuje się opinię o nim, uczucia i oceną od świata zewnętrznego, mniej lub bardziej wyspecjalizowanych specjalistów, wiarygodnych lub nie danych z różnych źródeł. Źródeł, z których chyba nie ma gorszego niż matki, które manipulują, uśredniają i oceniają raz ze spaczonym miłością postrzeganiem rzeczywistości, raz z zawyżanymi pod pozorem misji wychowywania wymaganiami.

Traktując dziecko jak sumę, całokształt i kompletny twór nierozkładalny na czynniki pierwsze, niedający się w żaden rzetelny sposób porównać – masz od razu wszystko. I ono wtedy też.