Idę z mężem korytarzem centrum handlowego. Ustaliliśmy przed wejściem, że chcemy kupić pewną książkę w Empiku. Nagle on zatrzymuje się przed jakąś wystawą z butami. Poirytowanym tonem wygłaszam przypomnienie, że mieliśmy umowę, ciągnę za rękę i  grożę, że to nasza ostatnia wspólna wizyta w tym przybytku? Raczej nie.

Jem śniadanie z koleżanką. Ona paluchami wyciąga szynkę z kanapki, bo nie ma na nią ochoty, podczas rozmowy gestykuluje i zrzuca łyżeczkę na podłogę, a po skończonym posiłku bierze sobie 3 serwetki, bo uznała, że tyle potrzebuje. Czy którekolwiek z tych zachowań uznam za niedopuszczalne i natychmiast, przy innych gościach kawiarni poinformuję ją o tym? Nie sądzę.

Wpada do nas ten, który mięsko jada tylko z sosikiem a herbatkę pija tylko z cukrem. Czy częstuję go z uporem maniaka blendowanymi zupami i sokiem z grapefruitów? No nie, robię herbatkę.

Dlaczego więc nie zatrzymam się ze spokojem, by poobserwować cóż szkaradnego na sklepowej półce wypatrzyła Zołzina, tylko poirytowana nawołuję i naprowadzam na swoją trasę? Dlaczego gotuję się wewnątrz przy każdym jej odkładaniu na stół wciąż bojkotowanych plastrów sera i przy każdym rzucie widelcem o podłogę, skoro co piętnasty upadek na pewno jest przypadkowy? Dlaczego reaguję emocjonalnie na jej upodobania kulinarne? W końcu aktualnie nam panujące jogurty naturalne, brokuły i frytki tak od razu nas nie pozabijają.

Dziecko to nie dorosły, powiecie, jeśli będziecie chcieli dodać mi otuchy.

Tak, to pewne. Dziecko to nie dorosły – przecież tak często pod pozorem wychowania wymagamy od naszych dzieci więcej niż od siebie.