Definicja małżeństwa z perspektywy rodzinnej przy narzuconym założeniu, że rodzinę tworzy dowolny układ partnerski przypieczętowany dzieckiem.

Wszyscy posiadacze dziecka są małżeństwem, a staje się tak na klika sposobów:

1 „po bożemu” – najpierw ślub, później dziecko. Koleje losu wedle najbardziej pożądanej przez społeczeństwo chronologii. Gdy sobie sąsiadka będzie liczyła, to jej wyjdzie, że to jednak nie wpadka.

2 „ekspresem” – potomek w drodze, trzeba go uprzedzić. Się porobiło, biologia podjęła decyzję matrymonialną, grunt to wybrać suknię luźną w talii.

3 „domniemaniem” – związek sformalizowany siłą przez pochopne łatki. Na usg ‚mąż’ niech sobie usiądzie, na porodówce niech ‚żonie’ plecy wspiera, w przedszkolu, gdy ‚mąż’ odbierał to dostał jadłospis.

Od momentu powołania na świat potomka małżeństwem się jest lub być się powinno – czyli w pewnym sensie na jedno wychodzi (do momentu działu spadku). Małżeństwo nie jest jednak stanem z definicji permanentnym, może się skończyć i to z większym przytupem niż się zaczęło. W 2013 roku rozwiodło się 66 tysięcy par (stosunek rozwodów do małżeństw wynosi około 30 % – czyli na dziesięć zawartych, trzy się posypią). Pomysłów na uchronienie się przed rozpadem małżeństwa jest sporo i każdy do niczego:

– spojenie relacji poprzez narodziny dziecka

Czy dziecko coś spaja? Chyba produkty przemiany materii po przedawkowaniu bananów. Relacje małżeńskie bezsprzecznie doznają utrudnień organizacyjnych w dziedzinie spojenia. Co prawda wedle statystyk posiadanie małego dziecka zwiększa trwałość małżeństw, ale już po jego 6 urodzinach odsetek rozwodów jest podobny jak u małżeństw bezdzietnych.

– wzmożona czujność w momentach kryzysu

Czyli nie odpuszczaj, gdy nadchodzi trudniejszy okres, nie poddawaj się, tylko walcz, dbaj i pielęgnuj. Ok, gdyby to miał być trudny weekend w jesiennym, depresyjnym listopadzie to można kumulować siły i walczyć. Ale kryzysowy jest zwykle cały trzeci, czwarty i piąty rok małżeństwa (projekt Famwell, 2010, SGH). Jak już to się przetrwa to nic tylko się rozwieść i pojechać do spa.

– nie decydowanie się na ślub w młodym wieku

Około 50% rozwodów dotyczy kobiet poniżej 24 roku życia, 44% rozwodników to mężczyźni przed swym pierwszym ćwierćwieczem (GUS). Czyli im później bierzemy ślub, tym większa jego trwałość. Wiem dlaczego! W okolicach trzydziestki znalezienie wolnego kandydata na małżonka bez nadmiernych przejść i spaczenia samotnym życiem jest tak niskie, że rozwód zupełnie nam nie grozi – tak jak i małżeństwo.

Skoro wytrwanie w związku małżeńskim to istny cud, doceńmy zalety takie stanu rzeczy i się nimi cieszmy:

1. Małżeństwo otwiera bramy raju.

Może nie zawsze za życia – ale po śmierci przynajmniej nie nazwą nas cudzołożnikami i wpuszczą na niebiosa za trudy.

2. Małżeństwo cementuje związek.

Z pewnością! Bez ślubu bierzesz torbę i wychodzisz, po ślubie wszędzie cement. Gdy mąż ma długi, to cię cementowa kula u nogi ciągnie na dno, gdy żona owinie się wokół szyi, to cementu z drzwi do wolności wbrew jej woli nawet sąd nie rozłupie.

3. Małżeństwo daje nową rodzinę.

Co tam rodzina! Teściowa to jest sedno. Jeśli się nie ma teściowej, to nie można pod koniec żywota stwierdzić, że przeżyło się wszystko.

Małżeństwo ma swoich przeciwników i zwolenników. Ja jestem za, świetnie się bawię w tym dziwnym stanie.

Paraencyklopedia rodzinna wciąż rośnie, niczym brzuch ciężarnej. Pozostałe hasła poznasz tu.