Macierzyństwo Cie odmieni, mówili. Dziecko zmienia człowieka, wieścili. I mieli rację, bo teraz…
Jem jak bulimiczka – w ukryciu. Inaczej każde me bezgłośne poruszenie szczęką zostanie namierzone i sprowokuje dziki rakobieg przez nasze metry w celu odebrania matce od ust. Jeśli dziecię dorwie coś dozwolonego, np. gotowane warzywa – zostanie to rozgniecione o me udo lub dywan, jeśli coś zakazanego, np. baton – rozpocznie się usilna próba konsumpcji.
Stylizuję się na Quasimodo – z przygarbem i smętnym zwisem rąk. Noszenie, tulenie, pochylanie wymusza pewną nieelegancką postawę, która zaczyna mi się utrwalać. Wystrojona, na obcasach, z ufryzowaną koafiurą (kiedy to było?) zadaję szyku szerokim uśmiechem i powabnym zaokrągleniem pleców.
Miesza mi się jawa ze snem – nie wiem już co mi się śniło, a co miało miejsce w rzeczywistości, tak przyziemne mam sny. Gdy już polegnę śni mi się, że książeczka wpadła za kanapę i żeby ją wyjąć rano, że wyrzuciłam opakowanie po kończącej się kaszce, albo że wiatr zdmuchnął pranie z suszarki. Wstaję więc szczęśliwa, że brak zapasu pieluch to był tylko koszmar lub rozczarowana, że choć sprzątałam we śnie to i tak jest bałagan.
Jestem kaskaderem i mistrzem refleksu. Potrafię rzucić się z krzesła na dywan i złapać małą główkę tuż przed niekontrolowanym przez właścicielkę zetknięciem z podłożem, świetnie asystuję w nowym hobby dziecięcia – wspinaczce bez asekuracji, słyszę to czego nie widać i widzę, to co za chwilę będzie słychać.
Odpoczywam w 180 sekund. Regeneracja mych sił witalnych następuje po spokojnym wypiciu połowy szklanki wody, wizycie w toalecie bez asysty, wywieszeniu śliniaka na balkonie i pobieżnej obserwacji wolnych ludzi idących chodnikiem, perfekcyjnym przykryciu się kołdrą przed jej odkryciem.