Zmiażdż to harlequinowskie podejście do szczęścia

Category: Relacje

Nawet jeśli nie jest się zagorzałym odbiorcą romansideł, łatwo ulec roziskrzonym jak gwieździste niebo kosmicznym mocom i chcieć dla siebie życia jak z Harlequina. Niech wartka akcja naszego życia prostą drogą wiedzie ku wielkiej szczęśliwości. Szczęśliwość owa to przystojny, muskularny, dobry mężczyzna, którego najpierw nie ma, ale zaraz potem jest. Co prawda chwilowo ożywia nas dreszczyk grozy, bo jakaś przewidywalna zawiłość stawia go poza zasięgiem, ale nie ma co się bać – szczęśliwe zakończenie zawsze nadchodzi. Owo zakończenie to gorący pocałunek przy świetle księżyca, albo ślub nad brzegiem oceanu, ewentualnie powicie rumianego bobaska. Tylko ciekawe co dalej? Chętnie przeczytałabym co książę z księżną robią na emeryturze, co zostaje z romantycznego, opalonego kochanka po 5 latach małżeństwa i czy rumiany dziedzic jest nadal boski aż do łez szczęścia, gdy idzie do gimnazjum.

Dosyć. Wyplenimy cicho kiełkujące zalążki harlequinowskiego podejścia do szczęścia. Zapraszam na warsztaty.

1. Ćwiczenie „sławne skarpety na kanapie”.

Są takie niuanse, takie szpile, takie wkurgeneratory. To zawsze może być coś innego. Popularnie przywołuje się zostawione gdzieś skarpety, otwarty klozet lub mokry ręcznik rzucony na podłogę. Nie wiem, nie znam – zabiłabym. I w tym ostatnim widzę rozwiązanie. Po pierwsze należy zaakceptować, że książę z bajki może mieć za kołnierzem jakiś zwyczaj tego rodzaju, po drugie przyznać, że i my, pomimo szlacheckich korzeni, czymś analogicznym potrafimy dysponować. Następnie należy usiąść, spokojnie opisać emocje, jakie budzi w nas taka dajmy na to skarpeta i wypracować rozwiązanie. Zawsze jakieś jest. Albo pokochasz te skarpety, tak jak ich właściciela, albo uruchomisz w sobie empatię i zrozumiesz dlaczego znaczenie terytorium syfem jest istotne, albo racjonalnie podejmiesz decyzję, że trzeba siewcę bajzlu zabić. Jest jeszcze jeden potencjalnie możliwy efekt rozmowy – on zrozumie dlaczego coś cię denerwuje i zaniecha procederu.

I oto pojęliśmy – warto rozmawiać. I wtem wiemy – zawsze sprawy jakoś trzeba załatwić, zakończyć i zamknąć temat.

2. Ćwiczenie „bo jak nie, to się nie zabiję”.

Trzeba mieć oczekiwania, plany, marzenia i warto dążyć do ich realizacji. Aaaale bez przesady – życie to nie projekt do zrealizowania. Coś może nie pójść tak jak zakładamy. Bo ten-ony na białym rumaku skręci w las, gdy my na polu, bo po dziesięciu wspólnych latach nie nadejdzie kolejnych sto w duecie, bo książę będzie po czterdziestce i nie będzie opalony. Albo z zamku do zapyziałego biura będzie się trzeba wyprawić, dziedzicowi za karygodne występki szlaban na wszystko nałożyć. Może nie być jak w bajce i lepiej się przygotować na lekki horror. Jak trzeba to bierzemy rozwód i idziemy na tańce, jak mus to przyznajemy, że licho i idziemy na terapię, jeśli konieczne to zamykamy biznesy i zaczynamy od zera.

I oto pojęliśmy – życie to nie scenariusz komedyjki romantycznej, coś kiedyś będzie trudne. I wtem wiemy – zawsze lepiej działać, niż łkając w rozczarowaniu przekreślać swoje życie.

3. Ćwiczenie „rozbłysnę oślepiającym blaskiem, gdy tylko…”

To cholerne czekanie na szczęście. Wiecie, ona tak samotna i taka szara, wpierdziela litrami lody i marzy o miłości. Zjawia się on i jakimś cudem dostrzega w tej smutnej osobie dziesiąte dno. Ona rozkwita, odkrywa pasje, okulary zmienia na soczewki i świat jest piękniejszy. Dupa tam. Szczęśliwym trzeba być samym ze sobą. Nie facet, nie dziecko, nie wielki dom, nie praca takatoaśmaka. Najpierw trzeba obudzić w sobie błękitną krew, ruszyć tyłkiem po nieco endorfin, napić się wody z cytryną. Odkładanie spełnienia na kiedyś jest jak oddawanie lat życia, jak zaciąganie kredytu na szczęście.

I oto pojęliśmy – szczęście własne nie może być zależne od kogoś innego. I wtem wiemy – los ma w głębokim poważaniu stawiane przez nas ultimatum.

I żeby nie było, że się mądrzę – ja jestem taką pół krwi księżniczką, ale pilnie się uczę na rasową plebejkę. Są dla mnie nadzieje, i może kiedyś wypatroszę kurczaka, i może kiedyś zabiję pająka. Dzieci urodziłam, a nie powiłam, z mężem rozmawiam, a nie przeplatam życiorysy. I tylko bym chciała na koniec podsumować „i żyli długo i szczęśliwie”. A żeby tak do reszty korona z głowy mi nie spadła polećcie jakiś łzawy romantyczny nieco film na piątkowy wieczór.

 

PREVIOUS POST

Czy na urlopie rodzicielskim można pracować?

NEXT POST

Jak nie skretynieć na macierzyńskim?

Related articles

Dzieci się komponują, jak słoma do butów

czego nie może matka

Matko! Hej, to ok.

Skąd się biorą dzieci?

  • kara

    boski tekst 😀