Zabawna jest ta dwuznaczność słowa „zawód”. Wiecie – zawód, jako twoja główna profesja i zawód, jako poważne rozczarowanie. Większość z nas pewnie może oba znaczenia ująć w jednym krótkim zdaniu – takim w rodzaju: „fryzjer to mój zawód” i za jednym zamachem wyrazić czym się obecnie paramy oraz jak bardzo nie chce nam się w związku z tym wstać w poniedziałkowy poranek.

 

Zawód: matka.

Macierzyństwo to konglomerat wszystkiego i bez problemu łączy w sobie także powyższe dwuznaczności. Praca na cały etat plus nadgodziny, nawet czasem opłacana kwotą 500 zł w przeliczeniu na dziecko lub dwoje, a do tego wymagająca nieustannego podnoszenia kompetencji – bywa, że z minuty na minutę. Bezwzględny, nieznoszący konkurencji szef, trudność z wzięciem urlopu lub zwolnienia, pełna dyspozycyjność o każdej porze dnia i nocy… Ewidentnie – zawód: matka. A gdzie to drugie znaczenie? O ile żadna z nas nie będzie się chciała przyznać do rozczarowania dzieckiem, choćby czwarty rok kartka na Dzień Matki przychodziła z zakładu karnego, to o rozczarowaniu macierzyństwem chyba mogłybyśmy pogadać?

 

Bo to nie tak miało być…

Słodkie obrazki reklamujące mleko modyfikowane, przerysowane tiulem i pozowaną codziennością profile mateczek w social mediach i wybuch cudownych skojarzeń na widok mikrych śpioszków w sklepie wpływają na nasze wyobrażenia i oczekiwania bardziej niż raport opisujący standard usług medycznych na porodówkach lub towarzystwo jakiejś rozczochranej matki szarpiącej się z wrzeszczącym maluchem przy kasie w markecie. Łatwo uzbroić się w ogrom wygórowanych oczekiwań wobec roli matki, łatwo nawet przeżyć ogromne i pozytywne zaskoczenie wieloma aspektami tej pięknej relacji, której nie sposób sobie wyobrazić dopóki matką się nie jest, aaale łatwo też przeżywać wciąż te same i dokładać wciąż nowe rozczarowania macierzyństwem.

 

Skutki uboczne macierzyństwa.

Na pewno nie raz się rozczarujesz. Sobą – swoim brakiem cierpliwości lub poczuciem zbyt małych kompetencji do rozwikłania jakiegoś problemu. Rozczarujesz się światem, że jest tak niefrasobliwy, szkodliwy, wręcz momentami bezpośrednio groźny dla twojego dziecka. Rozczarujesz się systemem, jakością edukacji, wiarygodnością służby zdrowia. Rozczarują cię ludzie, którzy mogli czasem zawodzić ciebie – ale nigdy nie powinni dziecka. Do wielkich rozczarowań jakie niosą samotne macierzyństwo lub liche partnerstwo, traumatyczne porody, choroby, niepełnosprawności, czy niebliscy bliscy dopisują się drobne codzienne rozczarowania własnym ciałem, zasobem sił i chęci, wiecznym bałaganem, nieustannie pełnym koszem prania i hałasem w domu.

Katalog rozczarowań jest obszerny, chyba nieskończony tak jak nasze sytuacje, charaktery i poziom odporności. Na szczęście pokłady miłości macierzyństwem obudzone też na ogół są niewyczerpanym zasobem, który pozwala przeżyć, przetrwać i przełknąć każdy kaliber zawodu.

 

ZZM – związek zawodowy matek.

Nic nie poradzę, nie mam recepty, nie sądzę też, że prawdziwych rozczarowań oszczędzi nam lepsza wyprawka, dobra książka lub jakieś czary. Ale mam kilka swoich tez w tym temacie. Sprawdź – może się ze mną zgodzisz, a każde rozczarowanie łatwiej przełknąć, gdy się je popija herbatką w większym towarzystwie. Może nawet założymy związek zawodowy?

1. Nie oczekuję.

Plany tak, cele też i marzenia do tego. Ale nie oczekiwania – nie żądaj, nie wymagaj już teraz i tylko tak. Ani od siebie, ani od dziecka, ani od partnera. Może być potrzebna elastyczność, wyrozumiałość, dostosowywanie się i dużo pracy bez względu na to czy pomyślisz o swoim ciele po ciąży, o gotowości dziecka do mówienia ‚dzień dobry’ sąsiadom, współudziale ojca w gotowaniu brokułów na parze lub chęci dziadków do pomocy w opiece nad wnukami. Oczekiwania tylko utrudniają i gorzko smakują – wywal je przez okno i pogadaj z kim trzeba. Dużo gadaj też ze sobą.

2. Nie przyzwyczajam się.

W macierzyństwie wszystko się zmienia. Gdy jest bardzo źle i niemowlak wciąż wrzeszczy, łzy w połogu wciąż lecą, nastolatek krzyczy, że cię nienawidzi, dwulatek rzuca płatkami w ścianę – cokolwiek – pamiętaj, że to minie, a nawet jeśli nie minie samo to ty nauczysz się z tym sobie radzić. Nie przyzwyczajaj się też do dobrego – to, że w kwietniu pierwszak chętnie wstaje do szkoły nie znaczy, że wstawać bez awantur będzie też w listopadzie, a to że masz elokwentnego i współpracującego dwulatka nie znaczy, że nie będzie awanturującym się i przebodźcowanym trzylatkiem po kilku godzinach w przedszkolu. Po prostu ciesz się chwilą, gdy sprzyja, bądź czujna, gdy pozornie spokój, sięgaj do zaoszczędzonych zasobów energii, gdy angina lub nastoletni bunt i… nie przyzwyczajaj się.

3. Nie zamykam się.

Przed światem, przed innymi matkami, przed podobnymi sobie, ale i tymi skrajnie odmiennymi. Owszem – wyproś ciotkę zarzucającą bez potrzeby ‚dobrymi’ radami, zerwij kontakt z toksycznymi ludźmi i nie oddzwaniaj do siejącej standardy perfekcyjnego macierzyństwa koleżanki z sali porodowej. Ale nie bądź z tym wszystkim sama. Poznanie problemów innych, ich patentów i sukcesów, zwykłe przypomnienie sobie, że nie tylko twoje dziecko ząbkuje lub zdaje maturę – to złoto. Wspiera, trzyma na ziemi, podpowiada rozwiązania – korzyści jest mnóstwo. A jeśli nie masz fajnej kuzynki lub sąsiadki a przyjaciółki produkują raporty w korpo a nie ludzi – poszukaj matek w internecie. Tych z dystansem, humorem, dobrą radą, jednym dzieckiem lub pięciorgiem, tych z rosołem i tych w szpilkach, z problemami lub tęczową, optymistyczną kreacją – na pewno znajdziesz kogoś z kim kawa będzie lepsza. A.. i  sama bądź wsparciem dla innych – wiesz, że drobne, dobre słowo może zmieniać losy kobiet, rodzin, a w konsekwencji świata całego.

 

Podstawę programową swojego zawodu układamy najlepiej jak umiemy codziennie i wciąż od nowa. A może dodać do tego jakieś żądania pod groźbą ogólnopolskiego strajku? Moja lista byłaby długa i pełna konkretów o każdym ciężarze gatunkowym – od prawa do gorącej kawy po gruntowną reformę filarów państwa między którymi lawirujemy z wózkami, brzuchami i siatami pełnymi problemów.