Lato przyszło szybko w tym roku. Zaraz po zimie obdarowało popołudniami na plaży, przelewaniem wody między miniaturowymi filiżankami na podłodze balkonu, spódnicami i sukienkami uwolnionymi spod uciążliwej korelacji z ubieraniem rajstop na sześć własnych i cudzych nóg.

Atrakcje ciepłej części roku zawsze popychają mnie w stronę minimalizmu.

Wolimy już wyjść zamiast odkurzać rzeczy z warstw pyłków, wolimy zabawę piaskiem i kamieniami w miejsce segregowania niezliczonych pudeł puzzli, wolimy jeden krem z filtrem od długich rytuałów pielęgnacyjnych. Krótkie epizody wyjazdowe uświadamiają, że można żyć z dobytkiem mieszczącym się w połowie walizki na głowę i w zasadzie niczego nikomu nie brakuje. Kupujemy kilogramy czereśni, truskawek i fasolki szparagowej – nabywanie rzeczy niejadalnych i hipotetycznie zbędnych samo z siebie ściśle się reglamentuje. I nie, że nie dopisuję książek do listy tych, które chciałabym przeczytać, nie że przestaję tropić rzeczy ładne i wymyślać teorie przearanżowania naszej przestrzeni. Ale teraz to wszystko bardziej na papierze, w zakładkach, w nieopłaconym koszyku sklepu internetowego.

Leży i czeka – sprawdza czy przetrwa próbę czasu.

 

lista marzeń well well

1. Kolor.

Mam zestaw do hybrydowego mani i chociaż jest to jakaś oszczędność czasu w porównaniu do tradycyjnego lakieru, który po odczepianiu od siebie Lego i skrobaniu naklejek z podłogi musiałabym odświeżać codziennie, to nakładanie kilku warstw hybrydy trrrrwa. Pojawił się preparat, który jest bazą, kolorem i topem, więc sam robi całą robotę. Rozwiązanie warte wypróbowania. Myślę o -> Semilac Extend 5in1. Od myślenia paznokcie nie zmieniają koloru.

2. Mata do jogi.

Ćwiczę, serio! Po dwóch czy trzech podejściach myślałam, że to zupełnie nie dla mnie. Ale teraz uwielbiam jogę. Jestem totalną amatorką i po amatorsku wyginam się na przypadkowo nabytej kiedyś macie – takiej nie wiadomo do czego, ale zajmującej mało miejsca w szafie. Maty dedykowane do jogi wyglądają mi jednak na wygodniejsze, bardziej miękkie, umożliwiają pranie w pralce, są znacznie szersze. Nie znam się na tym i na razie nie chcę przeładować informacjami swoich wygibasów – chcę tylko ćwiczyć, aaale coś mis się wydaje, że byłoby mi wygodniej na profesjonalnym podłożu. Myślę o czymś pozytywnie kolorowym – jak -> ta lub -> ta. Myślenie nie przeszkadza mi wciąż pogłębiać psa z głową do dołu.

3. Symbol ze srebra.

Zastanawiam się czy to już czas na zawieszenie czegoś na szyi. Przy maluchu wciąż tulonym i przy maluchu tulonym mniej ale wciąż karmionym piersią odpadały wszelkie wisiorki. Teraz mogę, może zawieszę sobie coś małego? Myślę o krzyżyku – prostym jak -> ten. A jeśli nie, to może założę -> kolczyki przestając żyć w biżuteryjnej ascezie w strachu przed tym, że Zołzina na nowo zacznie prosić o przekłucie uszu.

4. Czytanie.

Moja lista książek do przeczytania jest wiecznie żywa, ale już jakiś czas temu znacząco ograniczyłam się z zakupami. Po pierwsze korzystam z biblioteki, po drugie nałożyłam sobie szlaban na nowości dopóki nie przeczytam tego, co zgromadziłam na półce, a jeszcze kilka zakładek tkwi w napoczętych egzemplarzach. Myślę natomiast, że apatyt na cztery pozycje nieco podkopuje założenia: Eencjalista – Greg McKeown, Rework – Jason Fried, David Heinemeier Hansson, Dan-sha-ri – Yamashita Hidek, A ja żem jej powiedziała – Katarzyna Nosowska. Od myślenia nie mądrzeję (a może…).

 

Takie to moje hipotetyczne zakupy. Można się inspirować – tym nie-kupowaniem, albo wręcz przeciwnie – tym co do kupienia. Marzycie sobie o czymś materialnym ostatnio?