Pamiętam czasy, w których mieszkanie dzieliłam tylko z jednym i do tego dorosłym człowiekiem. Oboje pracowaliśmy na etatach, trochę udzielaliśmy się kulturalnie, trochę towarzysko, jadaliśmy gdzieś w mieście i w efekcie w domu spędzaliśmy niewiele czasu. Z uwagą wybrana świeczka ustawiona w tym właśnie idealnym miejscu nie zmieniała swojego położenia tygodniami. Później przybyło nam nieletnich lokatorów, stopniowo kurczyła się liczba metrów na osobę (i na rzecz też), a do tego etat przerodził się w domowe biznesy. Okoliczności zmieniły się diametralnie – młodsza córka wyrwała świeczce knot i ozdobiła naklejką, starsza ją przestawiła, by mieć miejsce na ciastolinę, a kurier strącił paczką wprost na kafle.

Symboliczne losy świeczki są dobrym przykładem ewolucji moich poglądów na wystrój wnętrz. Nie interesują mnie już trendy, mody, style, gadżety, aranżacje, pokazówki, rzeczy mające robić wrażenie, konstrukcje wymagające zachodu, przedmioty, których byłoby mi bardzo szkoda, gdyby uległy zniszczeniu. Oglądam czasem wystylizowane wnętrza, zachwycam się czyimś konceptem – ale tylko po to, by odkryć z czym mi mogłoby być dobrze, natomiast na pewno nie po to, by zechcieć odtworzyć coś całościowo. Wnętrza żyjące – te w których się gotuje, tworzy, pracuje i przede wszystkim te, w których są dzieci, muszą mieć specyficzną filozofię. W przeciwnym razie wszelkie próby sprostania niedopasowanym trendom, wymogom i zasadom będą źródłem frustracji, stresu i nadmiernego nakładu pracy.

 

Bajzel i prowizorka – geneza i realia

Wydaje mi się, że te dwa określenia to kwintesencja wystroju i organizacji naszych wnętrz – odrobina bajzlu i lekka prowizorka. Jedna słuszna aranżacja nie miałaby tu racji bytu, bo wciąż musimy coś zmieniać. Wydłużyć łóżko, bo ktoś urósł. Wyrzucić krzesło, bo zapadło się od tańców przy kulinarnych eksperymentach kogoś nie sięgającego własnym wzrostem do blatu. Dostawić półkę na nowe książki. Pozbyć się gabarytowej zabawki, bo nikt jej już nie używa. Wciąż pojawiają się rozwiązania tymczasowe, spontaniczne wystawy kamieni lub nowe fascynacje uprawą roślinek w doniczkach przy pomocy łyżki. Ład, harmonia, porządek i czystość jest stanem, do którego zmierzamy, ale do którego nigdy nie jest nam dane dobrnąć w zalewie soku z buraczka, kredki świecowej na bieli ściany, zgubionej skarpetki, klocków pod kanapą, milionów scenariuszy zabaw i porannego pośpiechu. Bardzo lubię być u siebie, cenię sobie porządek, lubię czuć kontrolę nad swoim otoczeniem i jak większość mam, marzę o ujrzeniu dna kosza na pranie. Nie znoszę za to strofowania dzieci przed każdym ruchem będącym potencjalnym źródłem zniszczeń i nie lubię przerostu formy nad treścią – czyli tego, że coś lepiej wygląda niż sprawdza się w użyciu. Dodatkowo nie chcę trwonić czasu na niekończące się polerowania i porządki – nie z lenistwa (choć się go jakoś z przekonaniem i szczerością nie wyrzekam), ale dlatego, że czas to mój najcenniejszy zasób i znam wiele sposobów na sensowniejsze go pożytkowanie. Realia prawdziwego życia wymogły wypracowanie kompromisu między założeniami estetycznymi a przyziemną praktyką dnia codziennego. Okazało się, że ta zrodzona w trudach codzienności filozofia ma swoją nazwę i spokojnie mogę podpiąć się pod trend wabi-sabi.

 

Wabi-sabi – ładna nazwa na dobre wnętrze

Koncepcja wabi-sabi obecna jest w kulturze Japonii. „Wabi” wiąże się z prostotą, zakorzenieniem w naturze, a „sabi” dotyczy przemijalności, akceptacji niedoskonałości. To połączenie sprzyja światopoglądowi, który jest autentyczny, harmonijny, skromny i wydaje mi się, że bardzo relaksujący. W tego ducha wpisze się zaschnięta gałązka, wyszczerbiony ceramiczny talerz, pognieciony lniany obrus, zdjęcia, rysunki, naturalne materiały – a zupełnie z innej bajki będzie sztuczna roślina, plastik, drogie przedmioty będące symbolem statusu, syntetyczne materiały czy połyskujące powierzchnie. Oczywiście wabi-sabi to znacznie więcej niż styl urządzania wnętrz, ale dzisiaj skupię się na tym wycinku. A jeśli interesuje cię np. aspekt przyjemnego, nienadętego i naturalnego sposobu na spędzanie czasu z gośćmi to polecam książkę „Żyj Wabi-sabi. Japońska sztuka odnajdywania piękna w niedoskonałości” autorstwa Julie Pointer Adams, której celem jest przedstawienie inspirowanej różnymi zakątkami świata otwartej, mniej sztywnej definicji zapraszania ludzi do siebie.

 

Relaksujące inspiracje na dom w stylu wabi-sabi

  • stosuj stonowane barwy zaczerpnięte ze świata natury

Kontrasty dodają wyrazistości, mocne kolory energii, nieszablonowe barwy oryginalności i tak naprawdę wszystko na co gust pozwala jest dozwolone. Ale jeśli chce się uzyskać relaksujący, uspokajający, harmonijny klimat najłatwiej będzie to zrobić czerpiąc z natury. Biele, beże, błękity, brązy, szarości, zieloności i złocistości to moje skojarzenia. Takie neutralne tło jest też dobre, gdy część domowników to kolorowe brzdące z kolorowym ekwipunkiem.

  • znajdź oddech – zachowaj równowagę między wolną przestrzenią a przedmiotami

Zbyt duże przestrzenie nie są przytulne, a te zagracone przytłaczają. Najlepiej będzie nam gdzieś pośrodku.

  • wprowadź do wnętrza naturę

Można zniwelować przejście między domem a podwórkiem poprzez zaaranżowanie ganków, tarasów, balkonów, ogrodów w taki sposób, by nie odcinały się wyraźnie wystrojem i funkcjonalnością i zachęcały do swobodnego wychodzenia (choćby w kapciach). Można nie zasłaniać zbytnio okien. Można przynieść do środka kwiaty, zasadzić w doniczkach rośliny, jako dekoracji użyć naturalnych znalezisk w rodzaju płaskich kamieni, muszli, wygładzonych morskimi falami kawałków drewna.

  • nie przywiązuj się do przedmiotów, nie dbaj o nie przesadnie, doceniaj znaki upływającego czasu

Wszystko się starzeje i zmienia, pogodzenie z tym faktem i pełna zgoda na to, że nasze wnętrza i ich wyposażenie nadszarpnie ząb czasu (oraz dziecka lub psa) przywraca właściwe relacje ze światem materialnym. Drewniany stół będzie miał rysy, brzeg miski na sałatę kiedyś się obtłucze, fikus zgubi połowę liści na zimę – i ok. Obserwowanie cyklu życia przedmiotu jest zdrowsze i naturalniejsze od ciągłej walki o to, by nikt niczego nie zniszczył lub nie nadużył.

  • postaw na osobisty rys

Instagramowe inspiracje, katalogi, reklamy – to wszystko jest ładne i dopracowane, ale niech lepiej zostanie na zdjęciu. U siebie zamiast odtwarzania cudzej wizji, co prowadzi do stworzenia poprawnego ale nudnego, hotelowego w wyrazie wnętrza, lepiej stawiać na osobiste potrzeby i osobiste przedmioty (fotografie, rękodzieło, rzeczy znalezione, wyszukane, pamiątki, przedmioty o szczególnym znaczeniu, rysunki dziecka).   Sądzę, że wpuszczenie do wnętrza filozofii wabi-sabi skutkuje podejściem pełnym szczerości, uczciwości, prostoty. Pozwala docenić codzienną rutynę, normalność i zwykłość. Wyzwala z niewoli oczekiwań, silenia się na robienie wrażenia i pozwala stworzyć poczucie bezpieczeństwa i miejsca odpowiadającego dokładnie naszym potrzebom. Pewnie ma to też jakąś swoją cenę – goście od progu nie pobiegną zachwalać jakiejś robiącej wrażenie konstrukcji, ale za to usiądą, zrelaksują się i poczują dobry klimat.

 

Obrazkowa interpretacja niezobowiązująca

Poniżej zostawię kilka obrazkowych interpretacji wabi-sabi z Pinteresta. Jednak mnie bardziej niż fotografie przekonuje sedno filozofii, której interpretacja powinna być już zupełnie dowolna. Nie chciałabym odtworzyć u siebie żadnego z tych wnętrz – ale biorę minimalizm i brak gratów w każdym kącie, nie chciałabym identycznego klimatu – ale przyjmę stonowaną kolorystykę, nie wdrożyłabym u siebie surowego wykończenia ścian – ale podoba mi się harmonia i brak nagłych zwrotów w akcji w stylu tu cegiełka, tam kolorek a w pokoju obok tapeta. Wdzięczny to pomysł, relaksujący, uspokajający, dający się lekko pobrudzić bez utraty szlachetności, przy lekkim zabałaganieniu nietracący od razu uroku, taki z klasą a bez pozerstwa.

Ostatnio na blogu…

W czym się specjalizować? Część #2

Brak konkretnego celu, zawodowe kryzysy, wypalenie, kłopoty finansowe, niespełnienie, poczucie działania poniżej swoich możliwości i wszystkie inne stany i zjawiska wiążące się z faktem braku satysfakcjonującego zajęcia są problemem powszechnym, związanym z...

Antystresowa książka o początkach macierzyństwa – premiera!

Niedawno moja starsza córka skończyła 7 lat. Nie da się więc ukryć, że tym samym ja kończyłam siódmy rok bycia mamą (w tym od trzech w wersji hard, czyli do kwadratu). Ten czas to największa rewolucja i ewolucja jaką odnotowałam w swoim życiu.   Choć ze swoich...