Gdy nie pozwalam na jeszcze jeden odcinek bajki, ani na zjedzenie drugiego cukierka, którym właśnie ktoś częstuje, albo nie kupuję najpiękniejszych lecz plastikowych butów z jednorożcem… Gdy później nie zgodzę się na zakup telefonu z dostępem do internetu, choć finansowo byłoby to do udźwignięcia i przecież wszyscy już mają, a jeszcze później zabronię wyjazdu na koncert z jakimś rozczochranym blondynem… Będą łzy, tupanie nogą, krzyki i kłótnie. Moje dziecko nie będzie szczęśliwe. Będzie rozczarowane, zawiedzione, smutne, wściekłe…

 

Szczęśliwe dziecko czy szczęśliwy dorosły?

W tym pytaniu nie stawiam w opozycji szczęścia dziecka i szczęścia rodzica. Myślę o szczęściu człowieka na osi czasu – wiesz – o to, czy lepiej koncentrować się na doraźnym szczęściu brzdąca, którego masz teraz pod opieką, czy raczej więcej myśleć o czasach, kiedy twój cukierek lub doładowanie internetu w komórce stracą moc uszczęśliwiania.

Powszechnie sądzi się, że szczęśliwe dzieciństwo jest niesamowicie ważne. Przecież u terapeutów ludzie grzebią w przeszłości, by rozprawić się z teraźniejszymi problemami, a w błędach naszych rodziców upatrujemy źródła wszelkich aktualnych trudności. Zaś w legendarnym smaku racuchów mamy i kogla-mogla babci oraz we wspomnieniach okrywania ciepłym kocykiem doszukujemy się fundamentów całej naszej dorosłej siły. I owszem – dzięki licznym badaniom wiemy, jak istotne jest dobre, bezpieczne dzieciństwo – ale nie chodzi o samo dzieciństwo pełne szczęśliwości – chodzi o dobre dzieciństwo, które zapewni szczęśliwą dorosłość.

My rodzice – świadomi naszej odpowiedzialności, lubiący patrzeć na uśmiechniętą buzię dziecka, chcący dawać zawsze to co najlepsze, a jednocześnie czujący karcące spojrzenie społeczeństwa, które wymownie da nam znać, że chyba coś z nami słabo, jeśli nasze dziecko drze się przed półką z jajkami z czekolady – uuulegamy. Nie chcemy patrzeć na łzy, więc godzimy się na lizaczka. Nasze wyobrażenia koncentrują się raczej na tych małych rączkach i na tych wielkich oczach, które są tu i teraz – wyobraźnia z automatu nie wędruje do wizji naszej 30 letniej córki ze łzami w oczach patrzącej na swe odbicie w lustrze po kolejnym hedonistycznym ataku na szafkę ze słodyczami. Tak bywa z nadmiarem zabawek, niedoborem ruchu, kolejną sesją gier na komórce czy czymkolwiek innym. Tłumaczymy, że co to za dzieciństwo bez odrobiny cukru, że spełnienie kolejnego marzenia o bzdetnej zabawce to nieszkodliwa zachcianka, że przecież kocham to nie będę patrzeć bezczynnie na smutek dziecka i że każdemu należy się trochę radości. Problem to jednak nie tylko dziury w zębach czy na przykład uzależnienie od internetu, które w dobrych intencjach możemy dziecku zafundować.

 

Uśmiechnięta Zosia – Zofią hedonistką?

Problemem jest to, że dziecko wyrusza w dorosły świat wyposażone w cały zasób nawyków podpowiadających mu automatycznie i na co dzień w jaki sposób można osiągnąć szczęście. Nasza rodzicielska odpowiedzialność nie kończy się wraz z naszym bezpośrednim wpływem na dziecko (który swoją drogą formalnie trwa 18 lat, ale w praktyce maleje chyba znacznie szybciej) – nasza odpowiedzialności jest długofalowa i sięga po kres życia naszych dzieci, a nawet i odbija się echem w kolejnych pokoleniach.

Oczywiście nie chodzi o to, żeby nasze dzieci były smutne, żeby specjalnie serwować im nielubiane potrawy, dać tylko jedną lalkę lub samochodzik i ogólnie prowadzić ascetyczny styl życia daleki od wszelkich przyjemności. Chodzi raczej o unikanie szybkich sposobów na poprawę humoru, nieuleganie pokusom czy zachciankom, gdy za powodem tej uległości stoi jedynie chęć wywołania radości czy uśmiechu lub oszczędzenia łez rozczarowania.

Nie chodzi także o to, że wszystkie sposoby na zwykłe sprawienie przyjemności dziecku będą złe. Złe będą tylko te, których krótkofalowe konsekwencje wydają się akceptowalne (znowu te 3 złote na czekoladowe jajko za lekcje pianina, ale przecież umyjemy zęby), natomiast długofalowe będą zgubne (na przykład nawyk nagradzania się za wysiłek słodyczami). Albo kolejny raz naleśniczki ze słodkim serkiem, bo nic innego nie lubi – a później otyłość i brak umiejętności zarządzania swoją dietą. Albo kolejna zabawka, bo tak ładnie prosi – a później rozczarowanie faktem, że wypłata i kolejne zakupy dały szczęście tylko na chwilę.

Takie hedonistyczne uszczęśliwiacze szybko powszednieją, tracą swoją moc i pozostawiają uczucie, że trzeba teraz coś większego, lepszego. Poza tym usilne chronienie dziecka przed rozczarowaniem, jakimś niedosytem czy nawet swojego rodzaju cierpieniem (nad pierwszą próbą zjedzenia razowego naleśnika ze szpinakiem ;) powodują niechęć do rozwoju, wysiłku, zmierzenia się ze swoimi negatywnymi emocjami.

 

Zamiast uszczęśliwiać dziecko rzeczami, zachciankami, ustępstwami i wszelkimi innymi krótkoterminowymi źródłami uśmiechu – lepiej jest inwestować w jego wiarę we własne siły i poczucie wpływu na swoje szczęście. Takie proszenie, wymuszanie i wymaganie kolejnych sytuacji czy rzeczy powoduje jedynie, że szczęścia upatruje się gdzieś na zewnątrz, gdzieś tam gdzie decyduje wszechwładny rodzic. A później szef, pogoda, partner, zasoby konta i tak dalej.

No – tak to sobie tłumaczę, gdy bardzo chcę dać dziecku tę mandarynkę przed obiadem, ale tego nie robię dla lepszego jutra oraz pełnego pretensji i krzyku przedobiedniego dzisiaj :)

 

 

**********************

Hej! Widzę Cię – to znaczy widzę tylko Twój cień w moich statystykach. Byłoby super, gdybyś zechciała zostawić po sobie jakiś ślad, opinię, imię chociaż. W rozmowie dobrze jest mieć drugą stronę – poczucie, że gadam do ściany mam już przecież, gdy mówię córkom o sprzątaniu :) Może jesteś też na facebooku i instagramie?