Zajrzałam do swojego tekstu z 2014 roku (jest poniżej). To był taki zapis moich paranoi, obrazek strachu, który gdzieś tam zawsze się czaił, a przybrał znacznie na sile, gdy zostałam mamą i poczułam odpowiedzialność – obezwładniającą czasem odpowiedzialność za życie i szczęście innych ludzi. Wydawało mi się też, że to powszechna tendencja, wspólny mianownik naszego społeczeństwa. Pisałam wtedy: ‚Dziś, choć realnych zagrożeń życia jest mniej, pozwalamy by na naszym strachu robiono biznes. Kupujemy to i łykamy – najlepiej bez recepty, forte kurna sprint plus’. Myślałam chyba głównie o żądnych sensacji mediach, o koncernach farmaceutycznych, o produkowaniu newsów do śniadaniówek, o wielkim biznesie.

Dziś jestem wściekła. Jestem wściekła, że tę słabość z premedytacją wykorzystujemy same przeciwko sobie. Matki przeciwko matkom. Jak można z czystym sumieniem produkować te wszystkie mrożące krew w żyłach nagłówki, posty na forach, teksty na blogach, wpisy na facebooku… Gdzie poczucie odpowiedzialności za własne słowa? Dlaczego wciąż czytam: „Sprawdź czy robisz to swojemu dziecku”, „Oddałabym wszystko, żeby wiedzieć to zanim…”, „Błąd, który popełnia 98% rodziców”. A w środku o tym, żeby soku nie podawać niemowlakom, pasy zapinać w samochodzie i dawkować paracetamol według masy ciała dziecka. To nie można napisać: „Najnowsze wytyczne w sprawie podawania małym dzieciom soku”?

Nie, bo nikt nie kliknie. I dobrze – skoro kwestia dotyczy tego, o czym już wiem, to nie marnujmy sobie wzajemnie czasu. Daj mi podjąć świadomie decyzję o tym czy warto coś czytać i zaufaj mojej inteligencji.

Nie, bo chcę dotrzeć z ważnym tematem do szerokiej rzeszy osób. A czy w ten sposób nie powoduje się znieczulicy? Czy przypadkiem, jako ogół, nie przyzwyczaimy się do tej ściemy i nie zaczniemy ignorować wszystkiego, co zaczyna nam się kojarzyć ze sztucznym rozdmuchiwaniem tematów i wyrachowanym budowaniem napięcia?

To zjawisko żerowania na strachu rodzica o dziecko, a wręcz przyczynianie się do jego powstawania jest na wskroś smutne. Jedyny postulat, jaki wydaje się być sensowny to prośba o abstynencję – przestańmy to czytać, przestańmy w to klikać, odpuśćmy kolejne „śmiertelne niebezpieczeństwo z zabawki do kąpieli”. Niech ta tendencja wymrze śmiercią głodową.

 

 

13.07.2014 r.

Czasy mamy takie, że strach się bać. Co prawda obiektywnie rzecz ujmując jeszcze nigdy na świecie nie było tak bezpiecznie, jak jest dziś, ale za to jeszcze nigdy nie mieliśmy tak precyzyjnej i napastliwej wiedzy na temat potencjalnego potencjału potencjalnych zagrożeń.

Wstaję rano z myślą, że zbyt krótki sen wpływa niekorzystnie na serce, cerę, koncentrację. Zakładam córce nową pieluchę pomna szkodliwości substancji wykorzystywanych w fabryce artykułów higienicznych i daje jej plastikowego konia na czas ubierania skarpetek, rozmyślając o tym jak wykańczamy matkę ziemię tym wytworem niebiodegradowalnym. Otwieram lodówkę by skonstruować posiłek. Wybieram między warzywami z pewnością rosnącymi przy drodze i posypywanymi nawozami przez pseudoekologicznego rolnika, rybami chłonącymi z lubością metale ciężkie, kurczaczkiem faszerowanym hormonami, bakaliami konserwowanymi siarką, jogurtami z zagęstnikami.

Gdy już coś zjem włączam radio lub telewizor – dowiaduję się o najnowszych odkryciach amerykańskich naukowców w sprawie kancerogennego działania wszechobecnych substancji, o liczbie ofiar wypadków drogowych, o tym, że słońce się kończy, a nawet lekki ale permanentny stres jest zabójczy. Gdy trafia do mnie informacja o procencie wypadków, którym ulegają dzieci w domach zabieram córce przesadnie naostrzone kredki i wręczam ciastolinę do lepienia, którą po chwili wymieniam na książeczkę, ale nie tę grubą, tę lżejszą. Zakładam jej sweterek, bo wieje spalinami z otwartego okna, by go po chwili zdjąć, bo przegrzanie dziecka jest śmiertelnym niebezpieczeństwem. Pasmo reklamowe podsyca niepewność w kwestii mojego zdrowia, gdyż czuję jak czyha na mnie nagły atak serca, żylaki, nadkwaśność organizmu, grzyby na basenie, rak na koncie, zmarszczki w kącikach oczu, zielone bakterie w kiblu, wózek inwalidzki za czerwoną linią, hemoroidy w… i impotencja – nie wiem gdzie.

Gdy tylko opanuję panikę i stwierdzę, że trzeba się cieszyć życiem póki jeszcze jakimś cudem trwa, zabieram się za organizację naszego czasu. Chciałam dać córce garnek do zabawy, ale to wyrobi w niej złe skojarzenia i będzie się później chciała bawić garnkiem z wrzącą zupą, chciałam dać jej kolorowankę, ale to ogranicza potencjał twórczy, chciałam dać jej misia, ale wyprodukowały go tłamszone w Chinach dzieci, chciałam zabrać ją do piaskownicy, ale latem słońce jest groźne między dziesiątą a osiemnastą. Jeśli jakimś cudem uda mi się zapewnić dziecku bezpieczeństwo, sama uskuteczniam prasówkę w strachu przed wtórnym analfabetyzmem, alzheimerowskim zwyrodnieniem neurofibrylarnym i niedoinformowaniem. Aktualizuję wiedzę na temat kryzysów gospodarczych, terroryzmu, głodu na świecie, męczonych zwierząt i nieludzko traktowanych ludzi, umierających dzieci, pijących alkoholików, rozwodzących się małżeństw, okradanych mieszkań, postępującej znieczulicy i rozpadu resztek więzi społecznych, głodowych emerytur, których niewielu dożyje, imperialnych dążeń Rosji i skutków picia przez dzieci soku.

Czasem myślę, że lepiej się żyło w strachu przed tajemniczym zaćmieniem słońca, przed zniszczeniem plonów przez grad lub przed uderzeniem bomby wysłanej przez wroga. Dziś, choć realnych zagrożeń życia jest mniej, pozwalamy by na naszym strachu robiono biznes. Kupujemy to i łykamy – najlepiej bez recepty, forte kurna sprint plus.