Pewnie natknęłaś się już na alarmujące artykuły, przytłaczające raporty i liczne dyskusje dotyczące stanu naszej planety i tego, co w coraz szybszym tempie i silniejszym natężeniu wyczyniamy z różnorodnością gatunkową, klimatem i ilością śmieci. Bez względu na to jak bardzo okropną perspektywę przyjmiemy – czy tę o pewnym końcu naszej cywilizacji w znanym kształcie do 2050 roku czy może jakąś nieco łaskawszą o licznych zagrożeniach, które są nam pisane, jeśli nie powstrzymamy dalszego wzrostu temperatur – jest jeden pewnik, wspólny mianownik i fakt, z którym chyba nikt nie będzie dyskutował:

musimy się ogarnąć, zacząć działać lokalnie, globalnie, osobiście, naukowo, politycznie i na wszystkie możliwe sposoby. Bez mojego i Twojego wkładu przyszłość naszych dzieci będzie bardzo smutna, a przyszłości kolejnych pokoleń po prostu nie będzie.

 

Sprawa jest wielka, ale zacznijmy od małych rzeczy

Mamy rzeczywistość adekwatną dla filmów (i to z gatunku, którego nigdy nie lubiłam oglądać). Dostaliśmy misję: uratować świat i nawet nie dali nam rakiety, kombinezonu i świecących guziczków. Nadal gotujemy dzieciom obiady, kupujemy prezenty na urodziny i wybieramy kanapę do salonu.

Gdy wgryzłam się trochę w doniesienia dotyczące stanu środowiska i poczułam ogrom rzeczy, które są do zrobienia (a wydają się być zupełnie nie-do-zrobienia) moje spojrzenie na rzeczywistość zmieniło się nieodwracalnie. Jak to się stało, że nie wystarczy już zakręcanie wody przy myciu zębów i wyrzucanie śmieci do kosza zamiast do lasu? Do reszty znienawidziłam zakupy i gotowanie, bo zrobienie tego bez szkody dla planety jest dla mnie niewykonalne. Mam rozdwojenie jaźni, gdy nadchodzi jakaś okazja do obdarowania dzieci prezentami, a ja tak bardzo nie chcę przyczyniać się do zakupu czegokolwiek z plastikiem, z baterią, z potencjałem bycia rzeczą na chwilę. Wiecie – prawie każda nasza czynność jest potencjalnym źródłem zniszczenia i zostaje nam tylko spacer na bosaka (a może nie na bosaka, bo domywanie pięt zużyje zbyt dużo wody i mydła z plastikową pompką). Zwariować można!

Na ten mętlik, absurd i zniechęcenie jest tylko jedna metoda – małe kroki, drobne zmiany. Tak zawsze zaczynają się duże rzeczy. I nawet jest już mydło w papierowym opakowaniu! Taka perspektywa jest może bardzo daleka od ideału, ale ma tę jedną niepodważalną zaletę – jest realna.

 

Dlaczego drobnostki mają sens?

Nie dajmy się myśleniu, że nasze drobne wybory nic nie zmienią. Nie idźmy schematem, że zmieniać się muszą koncerny, rządy, globalne praktyki. Nie usprawiedliwiajmy się faktem, że i tak nikt w bloku nie segreguje plastiku, a nawet ten posegregowany i tak nie będzie przetworzony. Nie myślmy, że jeden kotlet mniej lub spacer zamiast uruchamiania samochodu to bzdurne kroki wobec elektrowni w Bełchatowie.

Swoimi małymi działaniami wychowujemy kolejne pokolenie (to będą ludzie o zupełnie innej mentalności i świadomości) i wpływamy na praktyki firm. Pojedynczymi decyzjami zakupowymi zmieniamy oferty i produkty. Dajemy przykład lub zawstydzamy nieco, tych co jeszcze w tyle. Kreujemy trendy, szerzymy wiedzę i pomysły. Decydujemy o programach wyborczych i kierunkach polityki na wszelkich szczeblach. Wszystkie wielkie sprawy, ruchy i inicjatywy zaczynają się od drobnostek.

 

Less waste dla początkujących

Wiem, wstyd, ale jeszcze dwa lata temu w ogóle nie segregowaliśmy śmieci. Nie mieliśmy w domu miejsca na liczne kosze, w pobliżu nie było kontenerów, bo obowiązkowy był tylko podział odpadów na suche-mokre i dużo więcej innych „ale” – bo wymówek zawsze jest mnóstwo. Jednak pewnego dnia za firanką w kuchni stanął pojemnik na papier. Mamy w domu aspirującą artystkę krytyczną wobec swych dzieł i ilość wyrzucanych kartek zbyt bardzo bolała, by zostawiać je w śmieciowym worze ze wszystkim. Później do segregacji trafił plastik. Unaocznienie jego ilości spowodowało, że chcieliśmy się ograniczyć w tym zakresie i przerzuciliśmy się na wodę z kranu, własne torby na zakupy oraz warzywa kupowane luzem. Wiecie – każda mała zmiana pociągała za sobą kolejną i obywała się bez rewolucji i stresu. Sukcesywnie w dobrą stronę… Perfekcyjni nigdy nie będą wszyscy. Nasza planeta potrzebuje miliardów ludzi, którzy choć nie postępują idealnie, to są szczerze zaangażowani w jej przyszłe losy.

 

Lista inspiracji dobrych na początek:

1. Pijemy wodę z kranu. Używamy dzbanka filtrującego i czasem filtrów dodatkowo wzbogacających wodę w minerały. Poza znacznym ograniczeniem plastiku w postaci butelek mamy też oszczędności finansowe i fizykalne, bo odpoczywa kręgosłup krzywiony dotąd przytłaczającą wagą przytłaczającej liczby zgrzewek. Nie pijamy wielu innych napojów i gotowych soków, więc tu też było nam łatwo. Chętki dzieci na soczki udaje się zwykle zaspokoić owocami, koktajlami, ziołowymi herbatkami z miodem lub ostatecznie domową produkcją soku.

2. Mamy cały arsenał bidonów, butelek i śniadaniówek. Co prawda nasze sprzęty do przenoszenia jedzenia i wody też są z plastiku, ale służą baaardzo długo i pozwalają obywać się bez woreczków śniadaniowych i jednorazowych butelek. Wiem, że te rzeczy mogą też być szklane lub metalowe, ale podejrzewam, że ich ciężar (ja i moja przeładowana torebka) oraz wygląd (moje fanki kolorowych wzorów) powodowałyby częste „zapominanie” i posiłkowanie się szybkimi zakupami w osiedlowym. Moim zdaniem warto zainwestować w porządne akcesoria, bo nie połamią się, nie zniszczą i będą przyjazne w użytkowaniu. Nie warto za to do tego celu używać zwykłych butelek po wodzie lub pojemniczków np. po lodach i innych takich wynalazków, bo plastik, który produkowany jest z przeznaczeniem jednorazowym ma inne właściwości i szkodzi zdrowiu przy wielokrotnym użytkowaniu.

3. Unikamy plastikowych opakowań w sklepie spożywczym. Nie potrafię jeszcze pójść na zakupy z własnymi słoikami, pojemnikami i woreczkami z firanki – poprosić o władowanie mięsa do własnej miski z pokrywką i wyszukać sklepu z godną zaufania ciecierzycą na wagę. Mam opory, mam bariery organizacyjne, często robię zakupy ‚po drodze’. Na teraz opanowałam noszenie ze sobą wielorazowych toreb na zakupy i starych reklamówek. Gdy akurat nie mam przy sobie takiej, kupuje tylko tyle rzeczy, ile dam radę zabrać w swojej torebce i rękach. Na stoisku warzywno-owocowym prawie wszystko biorę luzem do koszyka i jeszcze żadna pani ekspedientka na mnie krzywo nie patrzyła, bo zakupy zgrabnie grupuje na taśmie przy kasie. Wybieram (gdy jest wybór) produkty w kartonach, papierze, szkle i unikam tacek, wielopaków spiętych folią czy opakowanych już serów.

4. Zdrowiej się odżywiamy. Jestem na diecie o niskim indeksie glikemicznym i reszcie rodziny oberwało się w tym temacie rykoszetem. Przy okazji zdrowe odżywianie okazało się być bardzo ekologiczne. Nie kupujemy gotowców, fastfoodów i innych produktów, przy których istnieje silna korelacja między złym wpływem na zdrowie i ilością śmieci. Podstawą są warzywa i owoce (te prawie zawsze można kupić luzem). Używamy sporo zbóż w postaci kasz, płatków i pełnoziarnistych mąk – wybieramy te w większych opakowaniach z papieru bez woreczków i folii. Nie kupujemy żadnych gotowych słodyczy (to było morze plastiku), a gorzka czekolada 90% dostępna jest w kartoniku. Ograniczamy mięso i nabiał. W tym wypadku poza samymi opakowaniami w grę wchodzi też negatywny wpływ hodowli zwierząt na środowisko, który jest większy od wpływu całego transportu samochodowo-lotnniczego! Jeśli decydujemy się na napoje roślinne zamiast mleka krowiego podobno warto wybrać owsiane (a nie np. migdałowe, którego produkcja zużywa bardzo dużo wody).

5. Zmierzamy w stronę minimalizmu – chcemy mieć mało. Mieszkamy w niewielkim mieszkaniu i brak nadmiaru przestrzeni, którą chcielibyśmy się dzielić z rzeczami był prawdziwą przyczyną tej antyzakupowej ewolucji. Niemniej bez względu na genezę tego światopoglądu ograniczanie konsumpcji jest wybitnie ekologiczną postawą. Wiem, że większa ilość ubrań nie powoduje, że wygląda się lepiej, wiem, że większa ilość zabawek nie uszczęśliwia dzieci, wiem, że kolejne zakupy choć w pierwszej chwili przyjemne są jedynie źródłem nadmiaru, który później trzeba sprzątać, wyrzucać, rozdysponowywać, gromadzić. Korzystamy z biblioteki i z elektronicznej wypożyczalni e-booków, rzeczy, których już nie potrzebujemy staramy się sprzedać lub oddać, plastik tolerujemy tylko wtedy, gdy nie ma wyboru lub w zakupach na lata (np. klocki Lego, zabawki do piasku, sprzęt sportowy), nie przyjmujemy gratisów, próbek, folderów.

6. Odmawiamy dzieciom wielu rzeczy ze względu na ekologię. Wiedzą, że nie kupimy plastikowych zabawek, słomek, urodzinowych dekoracji w rodzaju plastikowych talerzyków, ozdobnych baloników, confetti. Nie pozwalam im brać ulotek i gazetek w sklepach. Zmuszam :) do jedzenia kapiących lodów w wafelku, gdy nie ma papierowych kubeczków, a są plastikowe pojemniki i jednorazowe łyżeczki. Nie pozwalam już na te małe soczki ze słomką i musy. Nie daję wyboru w kwestii preferencji kąpielowych i stawiamy na prysznic, a pełna wanna jest w użytku tylko przy silnych zabrudzeniach wymagających odmoknięcia. To często drobnostki, ale czuję moc tych wspólnie wypracowywanych decyzji, bo współczesne dzieci bywają bardziej świadome od dorosłych.

7. Zmniejszam zużycie energii. Prasuję tylko te ubrania, które bezwzględnie tego wymagają i tych wymagających staram się prawie nie kupować (ekologiczne alibi dla porzucenia dechy do prasowania), suszę włosy sobie i dziewczynom tylko, gdy to konieczne, nie używam prostownicy, załadowuję zmywarkę i pralkę do pełna, zbieram grupowe zamówienia na herbatę i razem jadamy posiłki. Może porzucę też marzenia o pralko-suszarce i pokocham nasze rozstawione w domu instalacje z mokrych ubrań.

8. Jako szefowa samej siebie zarządziłam transformację w biznes ekologiczny. Gdy zamawiam różne firmowe rzeczy robię to zbiorczo i w komentarzu do zamówienia proszę o opakowanie bez użycia folii (nie zawsze to skutkuje, ale przynajmniej daje gdzieś tam znak o takiej potrzebie i kiedyś przy powszechniejszym nacisku zadziała). Nasze plakaty są z papieru i pakowane są w kartonowe tuby. Ale używałam też zwykłej taśmy i foliopaków kurierskich. Teraz przerzucam się na kartoniki i taśmę papierową. Zużywam jeszcze stare zasoby opakowań, które mam, albo które dostaję wraz z przesyłkami adresowanymi do mnie, bo bez sensu byłoby ich wyrzucenie, ale staram się porzucić folię bąbelkową i plastikową taśmę. Staram się też nie zaśmiecać chmury, serwerów, dysków, skrzynek i usuwać wszelkie zbędne dane – nie znam się na technikaliach, ale to podobno też ma spory wpływ na środowisko.

Czas na rzeczy, których jeszcze nie wdrożyliśmy, ale do których się przymierzam.

9. Ograniczenie kupowania plastikowych opakowań związanych z pielęgnacją i sprzątaniem. Są mydła w kostkach i papierkach, dezodoranty w szklanych słoiczkach, ekologiczne proszki w kartonikach, bambusowe szczoteczki itd. Zakupy trzeba robić jednak raczej przez internet i potrzeba trochę czasu na testy, wyszukanie dopuszczalnych cen i rozeznanie się w jakości tych produktów.

10. Samodzielne przygotowywanie różnych produktów spożywczych. W naszym wypadku przydałoby się popracować nad produkcją mleka roślinnego (mniej tetrapaków), past kanapkowych z warzyw (humusy i inne takie często są w plastiku), pieczeniem przekąskowego mięsa, jeśli już musi być (wyeliminowanie opakowań po kabanosach i wędlinach). Gdzieś tam dalej są domowe jogurty, majonezy, pieczywo – ale to na razie nie mój poziom zaawansowania (lub zaangażowania).

 

Udaje Ci się coś z powyższych kwestii? A jeśli tylko masz jakiś pomysł na coś o podobnym stopniu zaawansowania – dopisz w komentarzu.