Czasami bywam sfrustrowana, przygnębiona, bez przyczyny zmęczona, wściekła, pozbawiona poczucia mocy sprawczej, nieodporna na trudniejsze sytuacje czy nawet samo o nich wyobrażenie. Zastanawiam się wtedy dlaczego. Przecież wszystko jest dobrze i prawie niczego w moim życiu nie chciałabym zmienić, a już na pewno nie byłoby to nic wielkiego, bo wszystkie fundamenty udało nam się w rodzinno-kolektywnym i jednostkowym wysiłku całkiem trafnie ustawić. Może to „takie czasy”, może niedobór witaminy D, może…

Trafiłam na pewną tezę, która wyjaśnia nieodpuszczający natłok negatywów pojawiających się w szczęśliwym życiu. Postanowiłam trochę o niej napisać. Po pierwsze dlatego, że fajnie byłoby zrozumieć jakim cudem na przykład będąc matką najwspanialszych na świecie dzieci można jednocześnie być w złym nastroju (a zrozumienie uwalnia od poczucia winy). Po drugie dlatego, że do tezy dołączona jest recepta, jak sobie z tym zjawiskiem radzić. Podobno można uszczęśliwić swój mózg – bezboleśnie, w oparciu o badania naukowe i w całkiem przyjemny sposób. Chyba warto spróbować…

 

Negatywne nastawienie to nasz standard

Trudne okołojaskiniowe początki ludzkości trwały bardzo długo w porównaniu z czasami polowań na jedzenie w Lidlu przed długim weekendem i walkami z wrogo nastawionymi plemionami na forach internetowych. Unikanie bezpośrednich zagrożeń było przez setki milionów lat sprawą życia i śmierci, więc od praprzodków dostaliśmy mózgi z automatu nastawione na wychwytywanie negatywów. Nasz mózg potrafi skutecznie ignorować całą falę pozytywnych i neutralnych wydarzeń dnia, by skupić się na najmniejszym choćby niepowodzeniu – to „mózgowa” strategia mająca dać nam szanse na przetrwanie.

Potrzeba dużo więcej „dobra”, by złagodzić małą porcję „zła” i analogicznie to, co negatywne w większym stopniu zatruwa to, co pozytywne. Podobno możemy poczuć się dobrze dopiero, gdy liczba pozytywnych chwil co najmniej trzykrotnie przekroczy liczbę chwil negatywnych*.

 

Nienawidzę rady „myśl pozytywnie”

Nakłanianie do optymizmu, sugerowanie ignorowania negatywnych odczuć i wszelkie inne pomysły tego gatunku, które w pierwszej kolejności serwujemy sobie lub innym, gdy chcemy pomóc w obliczu trudności są po prostu mało skuteczne. Jest tak dlatego, że mózg to organ uczący się – w wymiarze ewolucyjnym (o czym wspomniałam wyżej) i tym naszym jednostkowym związanym z własnymi doświadczeniami. To co przeżywamy, co nas spotyka, o czym najczęściej myślimy nie pozostaje bez śladu, gdy nagle zechcemy zostać optymistami. To wszystko, co było wyrzeźbiło naszą strukturę neuronalną – a więc nie chodzi tylko o odczucia z danej chwili i na przykład przemarudzony wieczór, ale też o to, że te doświadczenia „zbudowały” mózg.

To dość skomplikowane, ale upraszczając przeczytane informacje streściłabym to tak: aktywne synapsy stają się wrażliwsze i dostają więcej tlenu i glukozy, mniej aktywne połączenia zanikają – umysł bez przerwy buduje mózg. Jeśli potrzebujesz konkretów, poczytaj sobie o podobno popularnym wśród neurobiologów przedmiocie badań, jakim jest neuroplastyczność zależna od doświadczenia.

Skoro nasz mózg kształtuje proces ewolucji ze swoim nastawieniem na negatywy oraz ogrom codziennych zdarzeń i doświadczeń (wśród których wielkie znaczenie mają te z dzieciństwa, na które przecież nie mamy już wpływu), to sama próba myślenia pozytywnie może niewiele zmienić. Aaaale jest metoda. Wcale nie polega na babraniu się w trudnościach, pracowaniu ze słabościami, wałkowaniu traum i niepowodzeń. Jest znacznie przyjemniejsza i z naukowego punktu widzenia skuteczna.

 

Recepta na przebudowanie mózgu

Wystarczy kolekcjonować dobro, chłonąć przyjemności i wszelkie inne pozytywne stany umysłu – tak by przekształciły się w sprzyjające cechy neuronalne. To chyba dość intuicyjne – spotkamy się coraz częściej z pochwałami oczyszczającego minimalizmu, sztuki uważności, modą na skandynawskiego hygge. Ludzie medytują, prowadzą dzienniki, spisują codziennie trzy rzeczy, za które są wdzięczni. Często odcinają się od złych wieści w mediach, celebrują wyjątkowe chwile, zbierają pamiątki i symbole odgrzewające dobre wspomnienia. Ale można podejść do sprawy z większym przygotowaniem, planem, zrozumieniem – a co za tym idzie – z większą skutecznością.

W książce „Szczęśliwy mózg”** autor dowodzi, że wystarczy kilka minut dziennie, żeby swoimi doświadczeniami zbudować nowe struktury neuronowe w mózgu i tym samym dość znacząco odmienić jakość swojego życia. Należy zbierać przyjemne wrażenia (odszukać coś pozytywnego, np. poczuć uspokajający przyjemny oddech), następnie wzbogacać (czyli zatrzymać się na tym wrażeniu, pozwolić mu trwać, bo potrzebujemy czasu, żeby mózg „zauważył” co się dzieje), a w trzecim kroku absorbować (poczuć jak przyjemne doświadczenie wsiąka w ciebie, zostaje).

Jeśli zupełnie „nie czujesz” jak to wdrożyć, albo nie rozumiesz opisanych tu zależności, a jednak chciałabyś spróbować – polecam tę książkę**. Jest przystępnie napisana i treściwa. A poniżej zostawię sobie i tobie trochę inspiracji na chłonięcie dobra wyciągniętych z lektury.

 

Jak zbierać?

1. Dostrzegaj pozytywne doświadczenia, czyli skup się na tym, co już istnieje – myśl (np. trafne, pozytywne postrzeganie), doznanie zmysłowe (miękki szal, zapach cytryny), emocja, pragnienie, działania.

2. Polub różne rzeczy, aktywności, miejsca, stany, ale niekoniecznie ich chciej. Bez determinacji i presji, by coś mieć można bardziej się tym cieszyć (to chyba nie jest łatwe:)

3. Twórz pozytywne doświadczenia (czyli tak trochę z premedytacją robimy dobro). Przykłady: dziel się, odnajdź coś dobrego w tym, co złe, wyobraź sobie dobre fakty, dostrzegaj dobro w życiu innych.

 

Jak wzbogacać?

1. „Instalowaniu” pozytywnych doświadczeń w mózgu sprzyja 5 czynników, które wzbogacają doświadczenie i wzmacniają jego przemianę w strukturę neuralną: czas trwania, intensywność, multimodalność (uświadamiasz sobie jak najwięcej aspektów doświadczenia), nowość i znaczenie osobiste.

 

Nad czym pracować?

Kluczowe obszary, nad którymi warto się skupić:

-poczucie bycia chronionym (zagrożenia nie mają do ciebie dostępu),

-siła (brak przepaści między wewnętrznymi siłami, a zewnętrznymi wyzwaniami),

-odprężenie (aktywacja parasympatycznego układu nerwowego – wyciszenie reakcji „walcz lub uciekaj),

-schronienie (wszystko to, co daje poczucie azylu),

-spokój (poczucie harmonii i opanowania),

-satysfakcja (zdolność odczuwania wdzięczności, spełnienia),

-entuzjazm (dążyć, ale nie fiksować się na punkcie rezultatów),

-zadowolenie (poczucie dobrostanu bez chęci zmieniania bieżącej chwili),

-poczucie, że ktoś się o ciebie troszczy,

-poczucie, że jesteś ceniony,

-współczucie i życzliwość (gotowość niesienia pomocy, przyjazne nastawienie, współczucie dla samego siebie),

-poczucie, że jesteś dobrym człowiekiem.

 

 

I co o tym wszystkim myślisz? Ja długo przeglądałam źródła związane z tematem, zerkałam na drobne i większe doniesienia, kartkowałam kilka razy przeczytaną już książkę** i powiem tyle – to działa! To bardzo optymistyczne z mojego jednostkowego przypadku i osobistych korzyści, to dobrze też dla tego tekstu (niech ma sens, a co) i, co niestety zabrzmi górnolotnie, to dobre dla świata. Gdybyśmy nauczyli się nieco przesterować te nasze jaskiniowe mózgi i wyzbyć się egocentryzmu, strachu, stresu i chciwości nasza planeta stałaby się znacznie lepszym miejscem (i może odzyskałaby szanse na przetrwanie).

 

 

 

*B.L.Fredrickson, Pozytywność. Naukowe podejście do emocji, które pozwala zmieniać jakość życia, Wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2011r.
**Rick Hanson, Szczęśliwy mózg. Wykorzystaj odkrycia neuropsychologii, by zmienić swoje życie, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne Sp. z o.o., Sopot 2018r.

 

Teksty o zbliżonej tematyce:

Ma być prawnikiem, tenisistą czy hodowcą owiec? Stawiać przed nim wyzwania czy dać zupełnie wolną rękę? Inspirować, pozwalać doświadczać czy chronić? Dać tę gównianą w składzie czekoladę z zabawką w środku czy dbać o dietę? Rodzicowi nie zależy na niczym innym tak bardzo jak na szczęściu dziecka. Różne są definicje szczęścia i różne recepty na jego osiągnięcie. Do tego dodajmy wpływ rodziców na dziecko, który choć znaczący, to jednak nie wyłączny i nie dający się przewidywać z góry w swych skutkach. Czy jednak można zrobić coś dobrego, pewnego i obiektywnego, by wepchnąć dziecko na drogę szczęśliwości? Podobno tak i, co optymistyczne, nie jest to wcale karkołomny i skomplikowany projekt pełen poświęceń, zadań, pilnowania i korygowania. Okazuje się, że programowanie w dziecku szczęścia to sama przyjemność.
W tym pytaniu nie stawiam w opozycji szczęścia dziecka i szczęścia rodzica. Myślę o szczęściu człowieka na osi czasu – wiesz – o to, czy lepiej koncentrować się na doraźnym szczęściu brzdąca, którego masz teraz pod opieką, czy raczej więcej myśleć o czasach, kiedy twój cukierek lub doładowanie internetu w komórce stracą moc uszczęśliwiania.