Kto? Co? Jakie jest pierwsze miejsce? Partner – powiedzą! Przecież to z nim zdecydowałaś się przeżyć całe życie. Dzieci pójdą w świat, a wy swoją wspólną drogę wyznaczyliście aż po horyzont życia. Dzieci – powiedzą! Przez kilkanaście lat to one są uzależnione od twojej opieki i właśnie teraz masz kolosalny wpływ na ich przyszłość – muszą być priorytetem. Praca i rozwój – powiedzą! Są przecież nianie, są przecież weekendy z mężem, a ty nie zapominaj o tym, by iść do przodu, bo inaczej się cofasz, a powiedzieć, że pieniądze nie są najważniejsze mogą ci, którym nigdy ich tak prawdziwie nie zabrakło. To jak w końcu?

Tak się człowiek – kobieta konkretnie – miota. Przekłada ciężar z jednej kupki na drugą, modyfikuje, staje w rozkroku, łapie kurczowo tego co najdalej wymknęło się z dłoni. Trenuje work-life balance. Czyta o mother-life balance. Uprawia we własnym stylu sztukę wyznaczania priorytetów i odpuszczania kurzowi na regale.

 

Aż tu nagle – jebsss!

Bo że ‚jebsss’ nastąpi wcześniej lub później to prawie pewne. Nie wiadomo tylko czy będzie spektakularnie, czy jakoś tak na granicy podświadomości, czy szybko – z niemowlakiem na kolanie, czy raczej gdzieś dopiero na etapie podsumowań w czasie jakiegoś życiowego przełomu. Może etap ten wpadnie w życie nagle niczym gwałtowna burza przez nikogo nieproszony, a może będzie efektem świadomych poszukiwań. Może będzie odkryciem, a może wplecie się w rzeczywistość płynnie, stopniowo i da się go zauważyć, tylko gdy wnikliwie porówna się siebie z początku ze sobą z teraz.

Po prostu nadejdzie moment, w którym na pytanie, kto w tym wszystkim jest najważniejszy, padnie jedyna słuszna odpowiedź – JA!

 

Ja!

Nie będzie to powielanie oklepanego stwierdzenia „szczęśliwa matka, to szczęśliwe dziecko”, nie będzie to święte pół godziny na kąpiel w sobotni poranek, ani celebrowanie prawa do gorącej kawy, nie objawi się pod postacią przełomu zwanego ‚wracam do pracy’, ani pod postacią wywalenia kilku pudeł zabawek, by zmieścić sobie w mieszkaniu regał na nowe książki. To będzie po prostu pełne, niezachwiane, wewnętrzne przekonanie o tym, że w pierwszej kolejności należy dbać o własne potrzeby.

Potrzeby to nie fanaberie, to nie marzenia, to nie zachcianki, to nie fantazje. Potrzeby to na przykład sen, jedzenie, picie, odpoczynek, aktywność fizyczna, samorealizacja, poczucie bezpieczeństwa, bycie w kontakcie z innymi ludźmi, dbanie o zdrowie. Ciekawe czy jesteś w stanie powiedzieć, że nie zaniedbujesz żadnej ze swoich potrzeb? Czy w dobrych, wzniosłych intencjach wieziesz dziecko na jakiś śmieszny balet zamiast w samotności poćwiczyć coś na macie, czy w weekend wyruszacie na rozwojową wycieczkę znowu odkładając laboratorium i twoją coroczną morfologię, czy zamiast ugotować sobie ulubioną zupę zagryzasz kawę rogalikiem stojąc nad zadaniem z matematyki…

I wiesz… o ile niewyspana nie zlecisz z dzieckiem ze schodów, albo licha dieta odbije się tylko na szerokości bioder, to wszystko będzie dobrze. Przecież dobro dziecka jest tak istotne, miłość do najbliższych pozwala góry przenosić, a świadomość działania dla dobra wspólnego szybko niweluje jakieś drobne frustracje, zmęczenie czy własne niedogodności. Poza tym wplatasz się w to stopniowo od pierwszych dni, kiedy dość bezbolesne i naturalne jest, że najpierw pielucha – później twój prysznic i wszystko jakoś tak się rozmyje, wymiesza, geneza zjawisk utraci ostrość.

 

Chyba że coś zwali cię z nóg…

Co wtedy? Co z waszymi zwyczajami i relacjami, co z możliwością zarabiania, co z bezpieczeństwem dziecka czy choćby wspólnym spacerem? Jeśli nie starcza ci wyobrazi, albo nie trafiają do ciebie hipotetyczne scenariusze snute czasem gdzieś w myślach – to ja ci powiem – będzie słabo.

Choroba ustawia priorytety życiowe sama i nie ogląda się na sprzeciw. Moje doświadczenia nie są dramatyczne, gwałtowne ani nie zostało wprost udowodnione, że wpakowałam się w to wszystko sama. Niemniej wiem już jak to jest, gdy nie starcza sił na cokolwiek, gdy zadbanie w danym momencie o swoją potrzebę to być-albo-nie-być i gdy pojawiają się ograniczenia, których nie daje się przeskoczyć. Dostałam sygnał alarmowy i mam ochotę nadawać go dalej w świat. Nie pozwól, żeby stawianie dbałości o siebie gdzieś tam na końcu rodzinnej kolejki doprowadziło cię do problemów. I wiedz, że nie zawsze chodzi o wielkie sprawy – ja tylko niedosypiałam przez dwa lata karmienia piersią, odżywiałam się może niezbyt regularnie i starannie, ale umiarkowanie zdrowo, nie tyłam, nie chorowałam, nie miałam nieprawidłowości w morfologii, trochę się stresowałam głupotami, ale trochę odstresowywałam na spacerze albo przy kawie z książką, trochę pracowałam do nocy, ale i czasem odpoczywałam z dzieckiem na drzemce. Wiecie – życie. Teraz mam całe spektrum uciążliwych i momentami groźnych objawów hipoglikemii reaktywnej (zbyt szybki i zbyt mocny spadek poziomu cukru we krwi). Chorób, w które przy odrobinie tendencji można wpakować się zbyt małą dbałością o własne potrzeby jest mnóstwo – to te najczęstsze, te tak zwane choroby cywilizacyjne, te na które pracuje się dłuższy czas oraz do tego cała lista przypadłości o nie do końca wyjaśnionej etiologii.

Nie jestem lekarzem, dietetykiem, trenerem, psychiatrą – nie będę radziła o co zadbać w pierwszej kolejności – ale pewnie Ty wiesz, w którym aspekcie potrzebujesz uwagi – wiesz na pewno – wsłuchaj się tylko w podpowiedzi, jakie śle Ci ciało i umysł. Może najbliższy moment, gdy Twoje dziecko będzie cicho, wykorzystasz na szczery dialog z samą sobą? Może stworzysz rubrykę w kalendarzu, w której regularnie będziesz odnotowywać wszystko, co pozwoli zdefiniować co Ci służy, a po czym czujesz się dziwnie lub źle? Może wyrzucisz do śmieci kilka produktów, których już nigdy nie weźmiesz do ust? Może spróbujesz jogi? Pewnie wiesz, co robić…