Ma być prawnikiem, tenisistą czy hodowcą owiec? Stawiać przed nim wyzwania czy dać zupełnie wolną rękę? Inspirować, pozwalać doświadczać czy chronić? Dać tę gównianą w składzie czekoladę z zabawką w środku czy dbać o dietę? Rodzicowi nie zależy na niczym innym tak bardzo jak na szczęściu dziecka. Różne są definicje szczęścia i różne recepty na jego osiągnięcie. Do tego dodajmy wpływ rodziców na dziecko, który choć znaczący, to jednak nie wyłączny i nie dający się przewidywać z góry w swych skutkach.

 

Czy jednak można zrobić coś dobrego, pewnego i obiektywnego, by wepchnąć dziecko na drogę szczęśliwości?

Podobno tak i, co optymistyczne, nie jest to wcale karkołomny i skomplikowany projekt pełen poświęceń, zadań, pilnowania i korygowania. Okazuje się, że programowanie w dziecku szczęścia to sama przyjemność. Co więcej dotyczy to człowieka w każdym wieku – choć podejrzewam, że w przypadku dorosłych nakierowanie siebie samych na właściwe tory może być nieco dłuższym procesem. Uwaga, pracujemy na mózgu – ale można bez kwalifikacji – nie trzeba otwierać czaszki :)

 

Co o szczęściu twierdzą neurolodzy?

Nie podejmuję się snucia własnych teorii w tym temacie. Opowiem lepiej, co ciekawego przeczytałam w jednym z artykułów*. Neurolog – doktor Rick Hansen – wyjaśnia, że wystarczy kilka sekund, żeby zła wiadomość trafiła do pamięci długotrwałej, a dobra wiadomość utrwala się aż 30 sekund. „To spuścizna ewolucyjna związana z przetrwaniem. Nasz mózg, a konkretnie ciało migdałowate, ma tendencje do wychwytywania wszelkich zagrożeń, ponieważ nasi przodkowie musieli szybko i dobrze zapamiętać to, czego unikać, aby przetrwać. Nasza ewolucja cywilizacyjna i kulturowa dokonała się w tempie szybszym niż rozwój naszych mózgów”**. Receptą na te uwarunkowania jest nasycanie mózgu tym, co dobre. Nie chodzi tylko o samo w sobie przeżywanie przyjemności, pozytywne nastawienie, czy koncentrację na dobrym – ale o to, co te manewry robią z naszym mózgiem. Otóż to zanurzanie się w radości rozwija nauroplastyczność mózgu, czyli zdolność tworzenia nowych połączeń między komórkami nerwowymi.

 

Jak wychować szczęśliwe dziecko?

Z czego ty tak się cieszysz? Czwórka jest okej, ale dlaczego nie piątka? Wszyscy sprzątają swoje pokoje, nie oczekuj za to medali. Jestem naprawdę dumny z tego meczu – teraz jeszcze skup się, żeby ten jutrzejszy nie był gorszy. Pięknie, pięknie rysujesz (rzucone bez szczerego zaangażowania). Teksty, słowa, powiedzonka – tu się dzieje wychowanie. Chcemy zmobilizować, nie pozwolić spocząć na laurach, gubimy drobnostki, które z świecie dziecka są ważnymi wydarzeniami, przemy do przodu nie chcąc roztrząsać tego co minęło (chyba, że chodzi o jakieś wymagające korygowania przewinienia). To wszystko wydaje się być przejawem zaangażowania, odpowiedzialności, rozsądnego podejścia do życia, pełnego świadomości przygotowywania dziecka do życia w dorosłym świecie.

A co z uszczęśliwianiem mózgów i programowaniem na umiejętność prawdziwego odczuwania radości? Ta działka raczej leży i kwiczy. Podobnie u siebie samych bagatelizujemy tę sferę życia. Może warto więc zadbać o ćwiczenia z radości?

Trzy proste pomysły na uszczęśliwienie dziecka, siebie, rodziny, ludzi, świata…

Świętujmy ile się da.

Powszechne jest podejście, że do uczczenia nadają się rzeczy bardzo wyjątkowe – nagroda w konkursie, wygrany mecz (byle nie taki o nic), urodziny. Na co dzień skupiamy się na „pracy” i nie chcemy świętować bojąc się, że celebrowanie nam spowszednieje, że rozpuścimy dzieci, że to całe świętowanie przestanie być dla wszystkich wyjątkowe. Ale świętować można na różne sposoby i z różnym stopniem natężenia. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby prawdziwie świąteczne było codzienne wspólne picie koktajlu na podwieczorek, albo żeby nie przystać na pomysł dziecka i nie urządzić hucznych urodzin lalce, czy na przykład uczcić zrobienia czegoś po raz pierwszy – choćby to było samodzielne ubranie skarpetek.

Na początku to świętowanie może wydać się nam przesadne lub sztuczne, ale wraz z praktyką w sposób naturalny i spontaniczny wyostrzy nam się radar na dobre rzeczy i okazji do radości zacznie przybywać.

Dokumentujmy małe i duże sukcesy.

To może być fotogeniczny słoik z liścikami albo album pełen zapisków i zdjęć. Może to być ściana pełna ramek, w której zdjęcia kolejnych osiągnięć wypierają wciąż poprzednie. W zasadzie forma nie ma znaczenia. Chodzi o to by utrwalić coś dobrego i wracać do tego. Chodzi też o wyrobienie w sobie i w dziecku nawyku koncentrowania się na pozytywach.

 

Wypowiadajmy pozytywne obserwacje.

Gdy coś ci smakuje (może to być soczyste jabłko, albo udane puree z ziemniaków) – powiedz o tym innym. Gdy pomyślisz, że słońce podkreśla kolor kanapy – pochwal ten obrazek. Gdy dziecko przytuli cię rano – powiedz mu, że to przyjemne. Przywykliśmy do poświęcania większej uwagi problemom, dyskomfortowi, trudnościom – bo to są sprawy, z którymi trzeba coś zrobić. To zaburza proporcje – przecież zdecydowanie więcej dobrych rzeczy dzieje się w życiu. Punktuj radości z zapałem, dziecku też się udzieli i przestanie wzrastać na marudę.

 

Czy to nie jest świetna wiadomość i przeprzyjemny projekt do wcielenia w życie? Mamy niepodważalny rodzicielski obowiązek dostrzegać i stwarzać radosne sytuacje. Przyjemności nigdy dość – dla dobra mózgów naszych dzieci i własnych też.

 

*”Jak wyćwiczyć radość”, Rozmowa Renaty Arendt-Dziurdzikowskiej z Benedyktem Peczko, Zwierciadło 6 (2048) z czerwca 2017 r.

** jw. str. 138