Zasyp dołek – uszczęśliwiacze na jesień

Category: Relacje

Jak przetrwać jesień? Można wzdychać z nostalgią za mijającym latem, można pielęgnować swoje zniechęcenie, karmić chandrę, sprzyjać spadkowi energii, machać chusteczką higieniczną nad smętną miną i wymigiwać się ze wszystkiego dołem, smutem i szybciej zapadającym zmierzchem. Można też uznać, że w przeważającym stopniu sami odpowiadamy za nasz nastrój i sprawić, że jesień nie będzie jak jesień życia, jesień średniowiecza i schyłek wszystkiego, ale jak cud, miód i orzeszki (w końcu sezon).

Lepiej! To wszystko można uczynić nie w miesiąc, nie po sesji couchingu, ale w 60 minut. Masz godzinkę? To do dzieła.

1. Idę stąd.

Wychodzę z domu i idę. Słońce albo i brak słońca, kolorowy parasol, chmurne, ciężkie niebo, powietrze pachnące jesienią – wszystko się nada. Dotleniam się, łapię jakieś resztówki witaminy D, budzę ruchem endorfiny. Zabieram dzieci – emocje i aktywność gwarantowane, nie zabieram – nasycam się chwilą ciszy, spokoju i swobodnie śmigających myśli.

2. Energii pół kilo poproszę.

Ja nie wiem czy każdy tak ma, ale ja po filiżance kawy zmieniam się w innego człowieka. I nie chodzi o to, że przestaje mi się chcieć spać – u mnie przestawiają się jakieś szufladki w głowie. Nagle mogę więcej, znika zniechęcenie i czarnowidztwo, działam z zapałem – no czary jakieś. Podobnie działa sesja zumby, szybki spacer lub odkurzanie, gdy teściowie za progiem – czyli energiczne ruchy.

3. Robię dobry plan.

Zamawiam książkę, ale nie tę, którą trzeba przeczytać – tylko tę, na którą mam ochotę (może „Love, style, life„?). Może zarezerwuję nocleg w hotelu na listopadowy weekend. Stworze brulion pełen inspiracji na nową aranżację salonu. Cokolwiek… Niech to będzie miłe, niech realizacja będzie nieco odroczona w czasie. Taka majacząca na horyzoncie przyjemnostka jest jak zastrzyk dobrego humoru. Dawka optymizmu aplikowana będzie po odrobince w chwilach zwątpienia. Później realizacja i kolejny dobry plan…

4. Aplikuję krem działający od wnętrza

Są dynie. Są marchewy, buraczki, papryki i mnóstwo innych warzyw doskonałych na zupy kremy. Jak to dobrze robi, gdy pochmurno, gdy wieje, gdy smutno, gdy ma się na coś chęć i gdy na nic nie ma ochoty. Parująca miska o kojącej konsystencji. I ta wiedza – że to samo dobro. I nawet, gdy Zołzina żąda makaron do pomidorowej bezczeszcząc moją wersję kremu ze świeżych pomidorów z bazylią i mozzarellą, nic to – dolewam wody i mamy porcję na trzy dni.

5. Wpuszczam powiew nowości.

Optymalnie byłoby przearanżować salon albo nauczyć się jeździć na snowboardzie, ale przecież narzuciłam sobie limit czasowy – mam godzinę. Idę więc do salonu prasowego i kupuję gazetę z dziedziny, której nie zgłębiam wcale lub przynajmniej regularnie. Czytam o szyciu, o wnętrzach, o rekinach biznesu… Dziwie się, fascynuje, przekonuję co na pewno nie jest dla mnie, znajduje nowe hobby, snuję plany. Godzina i horyzonty mam szersze. Gdy szkoda funduszy lub czasu, zaglądam na blogi. Może zostanę szafiarką, może nauczę się od kogoś gotować, o, właśnie zainteresował mnie marketing.

6. Robię coś dla kogoś.

Oczywiście, czasem ktoś mnie o coś poprosi i tu normalka – staram się pomóc, jeśli potrafię i jeśli uważam prośbę za słuszną. Ale jest coś jeszcze lepszego. Pomóc tak, by ktoś na czyją rzecz działam nigdy się o tym nie dowiedział. Odsyłam swojego klienta lub czytelnika do ‚konkurencji’ i nie informuję o tym. Wysyłam sms przyłączając się do akcji zbierania funduszy na jakiś cel. Głosuję na czyjąś pracę i nie trąbię o tym w komentarzu. Takich rzeczy nie da się zaplanować – trzeba poczekać na stosowną okazję. Ale w chwilach zwątpienia przypominam sobie taką swoją ostatnią samowolę i klepię się po ramieniu za brak wyrachowania.

7. Akceptuję teraźniejszość.

Latem, które stawia w bezlitosnym blasku słońca, u progu nowego roku, który daje w łeb niezrealizowanymi postanowieniami, zimą, która męczy swą wiecznością – wtedy nie jestem dla siebie zbyt łaskawa. Ale jesień jest swojska, daje kubek gorącej czekolady, długi sweter, ciemny wieczór. Łatwiej zaakceptować siebie, swoje otoczenie, miejsce, w którym się aktualnie jest. Z tej akceptacji bije spokój, szczęście i wbrew pozorom energia do zmian. Gdy stwierdzam, że nie jest źle z moją figurą po tych dwóch ciążach, to właśnie wtedy mam w sobie siłę, by iść na siłownię. Znam tą prawidłowość i gdy tylko szarość wkrada się mi za kołnierz, siadam i daje sobie punkty.

8. Przytulam siebie.

Mam małe dzieci, więc chętne do przytulania obiekty same wpadają w me ręce. Ale dobrze działa też pooowolne wklepywanie przenajulebieńszego balsamu, masaż, czesanie przez kogoś warkocza, otulenie się miękkim kocem. Cokolwiek co głaszczę ducha za pośrednictwem ciała. Pogłaskana, ugłaskana jestem szczodra, wspaniałomyślna i odpuszczam tej jesieni wszystkie grzechy.

A Wy? Jakie macie patenty na jesień?

 

PREVIOUS POST

Legalne dopalacze - czym reanimować matki?

NEXT POST

Listopad - skreślam go (+kalendarz do druku)

Related articles

czego nie może matka

Matko! Hej, to ok.

Skąd się biorą dzieci?

  • Grzańce! Miód pitny, wino czy piwo – wszystko na gorąco i odpowiednio przyprawione koi i rozgrzewa 🙂 I wciągająca książka, która sprawia, że zapominam gdzie jestem 🙂

    • Ooooo tak – wino sprawiłoby, że nie zauważyłabym tej jesieni 🙂
      Ale jeszcze nie mogę – nie chcę się z córką dzielić.

  • Książka zdecydowanie😊A od końca listopada klimat świąteczny, jarmarki, grzańce😊

  • Katarzyna Mirek

    Książka, aromat kakao to co pozwala mi na chwile resetu jesienią