Poradzić! Świadomie nie napisałam „jak radzić sobie ze stresem”. Nie interesuje mnie wciskanie kitu o aromatycznej kąpieli przy świecach, głębokich, świadomych oddechach i bieganiu wkoło osiedla, by znieść jakoś uciążliwość psychiczną własnej rzeczywistości. Nie chcę sobie doraźnie radzić ze stresem. Ja chcę żyć bez stresu.

Stres sieje spustoszenie w organizmie, podkopuje relacje z innymi, zabija radość i obniża jakość życia. Pod jego wpływem spada poziom koncentracji, przyspiesza się akcja serca i oddech, wzrasta ciśnienie krwi, zwiększa się napięcie mięśni, zaburzeniu ulegają liczne procesy fizjologiczne i dzieje się mnóstwo innych negatywnych rzeczy, które w konsekwencji prowadzą do poważnych chorób, wśród których przewlekłe, nieuleczalne i śmiertelne to normalka. A nawet gdy odrzucić perspektywę długofalową i skupić się tylko na zwykłym codziennym odczuciu stresu – na przykład czerwonych policzkach, bólu głowy od natłoku myśli i bełkotaniu niespójnych słów wprost ze ściśniętego gardła – łatwo zdecydować: nigdy więcej. I jest na to metoda, serio.

Stres pojawia się wtedy, gdy wiemy co należy zrobić, lecz z jakiegoś powodu tego nie robimy. Recepta na bezstresowe życie jest prosta: wystarczy robić to, co należy.

Ogarnia mnie stres, gdy moja córka je lub pije. Jakoś mimowolnie sztywnieje i obserwuję ją bacznie drżąc przed sytuacją, w której pożywienie wpadnie nie tam gdzie zwykle i dziecko zacznie się krztusić, dusić i będzie konieczna interwencja. Zamiast się permanentnie spinać, wiem że mogę coś zrobić. Powinnam kategorycznie zabronić dziecku jedzenia i picia w ruchu oraz powtórzyć sobie kolejny raz zasady udzielania pierwszej pomocy.

Stresują mnie wystąpienia publiczne. Nawet, gdy owa publiczność to 5 znajomych mi osób a wystąpienie ogranicza się do wygłoszenia jakiegoś swojego poglądu. Mogłabym się przełamać, zabierać częściej głos, zgodzić się na jakiś proponowany mi z tytułu blogowania wywiad – choćby tak, tylko dla treningu, wyjść ze strefy komfortu i pokonać demona raz na zawsze. Mogłabym też pogodzić się ze swoim nastawieniem i nie stawiać się w sytuacjach stresujących, rozmawiać tylko z tym, z którymi lubię i wycofać się z wszelkich namiastek życia publicznego. Czy coś robię? Żyję ze stresem u boku właśnie dlatego, że nic z tym nie robię.

Stresują mnie kwestie finansowe, boję się, że jakaś moja „inwestycja” jest błędem, że pieniądze, którymi dysponuje w pewnym momencie przestaną odpowiadać realnym potrzebom, że zapędzam się w realizacji planów pchając się w bankructwo. Zastanawiam się czasem nad swoimi finansami i dochodzę do wniosku, że nawet nie umiem rzetelnie ocenić sytuacji. No ale czym tu się stresować? Trzeba się wziąć do roboty – zarobić więcej pieniędzy. To takie proste, a takie niepraktykowane przez ludzi narzekających na niepewność finansową.

Tak, zdecydowanie stres pojawia się we mnie, gdy wiem, że coś należy zrobić, często nawet wiem co dokładnie, a z jakiegoś powodu wcale tego nie robię. To nie czasy są stresujące, nie pracodawca nas wyprowadza z równowagi, nie stomatolog jest uosobieniem strachu, nie partner wpędza w lęk. Sami siebie stresujemy swoją bezczynnością, gdy organizm krzyczy „uważaj, działaj, zrób coś tym”.