Jak nie skretynieć na macierzyńskim?

Category: Biznes i rozwój

Siedzenie w domu, choć jak wszyscy wiemy nic wspólnego z siedzeniem nie ma, powoduje jednak pewien zastój. Życie pędzi, mija rok, może drugi, a dni jakieś takie podobne do siebie. Mleczko, pielucha, kaszka, pielucha, spacer. Nie twierdzę, że bycie z dzieckiem w pierwszych latach jego życia jest złe, niemniej uważam, że trzeba trochę wysiłku, żeby przez ten czas się nie uwstecznić, nie zapomnieć o sobie, nie zrobić sobie pod górkę. Bo dziecko odpieluchowane, mówi zdaniami i lubi fasolkę – a my? Bez pracy, bez własnego zdania, bez błysku w oku, z odrostem na głowie i przyrostem w talii? O nie!

 

Jestem weteranką w temacie. Spędziłam z Zuzu dwa lata w domu zanim uznaliśmy, że panna jest gotowa na podbijanie żłobkowych murów. Choć to piękny czas budowania więzi, bycia razem, uczenia się bycia matką – to nie pozostał bez echa. Trudno było później i dziwnie jakoś. Radość, gdy sama jechałam rano tramwajem do centrum i nie trzymałam nikogo za rękę i strach, że nikt za rękę nie trzyma mnie – że nie ma alibi i nie da się powiedzieć, że nie wiem, że muszę iść kaszkę podać. Takie trochę uczenie się na nowo – profesjonalnych rozmów z dorosłymi ludźmi, noszenia szpilek i koszuli, bycia o czasie. Jedno zlecenie, jeden etat i oto znowu jestem w domu z Michalinką. Tym razem nie narzekam na uwięzienie w 4 ścianach, nie unikam wyjść z domu ze strachu, że dziecku katar zafunduję, nie skupiam się tylko na potrzebach niemowlaka. Łatwiej jest.

 

1. Bywam tam, gdzie chcę.

Kiedyś czułam się skrajnie ograniczona. W galerii handlowej są zbyt ostre światła, na plaży zbyt duży wiatr, zimą należy unikać skupisk ludzi, podróż jest niewygodna… Już tak nie myślę. Miśka i tak dostanie cały arsenał bakcyli z przedszkola siostry. Nie obchodzi mnie, że wózek ogranicza przestrzeń między stolikami w restauracji – niech sobie ludzie przejdą dookoła. Nie mam problemu, żeby uprzedzić fryzjerkę, by do czasu jaki rezerwuje na moje włosy wliczyła czas przerwy na karmienie. Nie w takim zakresie w jakim bym chciała, ale byłam na konferencji dla setek osób z dwiema córkami. Oczywiście to wszystko nie byłoby możliwe bez męża – ale i tak najważniejszy element to determinacja.

2. Uczę się.

Mam teraz misję, by uczyć córkę życia. Ona rozwija się każdego dnia – nie chciałabym być gorsza. Na pierwszym urlopie zapisałam się na najnudniejsze w świecie studia podyplomowe. Teraz sama układam sobie program. Czytam książki. Przydaje się leciutki czytnik ebooków – pomaga wykorzystać drobne, wolne chwile przy karmieniu lub na spacerze. Słucham – przy gotowaniu, przy ćwiczeniach, przy majtaniu grzechotkami. Podcasty, wykłady, audiobooki, webinary – możliwości jest mnóstwo. Na przykład – Liczy się wynik, podcasty Michała Szafrańskiego, Mała Wielka Firma. Nie bronię się przed wiedzą, której na razie i tak nie będę miała okazji wykorzystać. Kumuluję w sobie i wykorzystam przy najbliższej sposobności.

3. Mam swoją działkę.

Coś mojego, coś, gdzie się realizuje, gdzie zachowuję kontakt z dorosłymi ludźmi i co jednocześnie pozwala mi sprawować całodobową opiekę nad niemowlakiem. Mam Well-Well – blog, sklep z drewnianymi klockami i obrazkami oraz plakatami, kontakty z klientami, czytelnikami, reklamodawcami. Oczywiście to wszystko hula na bardzo zwolnionych obrotach i daje tyle samo frustracji z niezrealizowanych planów, co radości z drobnych sukcesów. Ale jest. Zakładam słuchawki i wychodzę mentalnie w swoje biznesy. Sprawdzam się, ćwiczę i zdobywam doświadczenie.

4. Nie jestem kurą.

Same wiecie, że będąc w domu można być zajętym przez całą dobę. Sławne: robię, ale nic nie jest zrobione. W mitach to w domowe pielesze powinien być wsadzony Syzyf. Dopiero by docenił uroki swojego kamulca! Kiedyś czułam się odpowiedzialna za obiad, zakupy, jadłospis, domowe ciasto, pranie, prasowanie, układanie… no wiecie – za wszystko. Bo skoro jestem w domu to naturalne, że się nim zajmę. Na szczęście mam mądrego męża, który zdejmuje ze mnie tę odpowiedzialność. Nie znaczy, że lata ze ścierą, bo sam niewiele ma na to czasu, ale niczego w kwestii kurzych powinności ode mnie nie wymaga. To ożywcze, gdy wiem, że mogę popracować nad swoimi projektami lub poświęcić dziecku tyle czasu, ile potrzebuje, a za brak obiadu nikt się nie dąsa – tylko razem wrzucamy coś na szybko do parowaru. Nasze mieszkanie jest bardzo dalekie od perfekcji i chociaż czasem potykamy się o bajzel to potykamy się uśmiechnięci.

5. Wiem, że to minie.

Czasem ząbkowanie, choroby, armagedon pogodowy lub nawał obowiązków zawodowych u męża powoduje, że kursuję tylko między sypialniami dziewczyn, pralką i lodówką. Na nic więcej nie ma szans i wyjście do Biedrony po papierowe ręczniki pozostaje w sferze marzeń. Przewiduję, że tak się zdarzy szarą, zakichaną zimą. Na pewno. Ale nie dam się zwątpieniu, bo teraz wiem, jak szybko dzieci rosną, wiem, że kiedyś będę wolna, że jeszcze sobie pochodzę do kina częściej niż raz na 4 lata. Zamiast siedzieć ze smętną miną wśród klocków, próbuję wyciągnąć z tych chwil jak najwięcej dobrego. Uczę się nowego przepisu, a asystująca Zuzka ma zabawę dnia. Włączam już bez wyrzutów bajkę, gdy bardzo chcę zrobić coś dla mnie ważnego. Nie planuję spalić zasobów biblioteczki, gdy od tygodnia nie mogę przeczytać ani strony. Wiem przecież, że jakoś to poukładamy i nie poddaję się.

6. Yyy… taki dobry ten arbuz.

Pyszny. Jem i gubię wątek. Chyba jestem zmęczona. Tak, mam prawo być zmęczona. I to też chyba jeden z kluczowych elementów, by przeżyć urlop w dobrostanie psychicznym i fizycznym – mieć wyrozumiałość dla swojego zmęczenia i umieć odpoczywać. Nie za rok, nie kiedyś, tylko teraz. Odpocząć, złapać wiatr w żagle i płynąć. Raz z prądem, raz pod prąd.

 

Macie swoje patenty na reanimowanie samej siebie podczas tego urlopu, który z urlopem nic wspólnego nie ma? Wszelkie pomysły i inspiracje mile widziane w komentarzach lub na kontakt@well-well.pl

PREVIOUS POST

Zmiażdż to harlequinowskie podejście do szczęścia

NEXT POST

Legalne dopalacze - czym reanimować matki?

Related articles

  • Miałem podczas mojego urlopu się nauczyć nowych rzeczy, nowego zawodu, ale… brak czasu i energii. Dwoje dzieci w domu to stanowczo zbyt duże utrudnienie. 🙂 Dla nauki oczywiście.

    • Nie jest łatwo. Ale ja jeszcze wierzę, że się da. Może nie w powalającym zakresie, ale coś, jakoś, pierwsze kroki…

  • Ja niestety nie mam, ale twoje sposoby brzmią bardzo dobrze. Wykroić trochę czasu tylko dla siebie to jedna z ważniejszych zasad, tak wg mnie.

    • Tak! Taki moment, gdy jest się sobą po prostu, a nie czyjąś mamą.

      • karjola

        Ale jakie to cholernie trudne ….być sobą

  • Sylwia Antkowicz

    O tak, czas dla siebie jest ważny. Ja tez pochłonęłam się w pisaniu bloga, a teraz myślę nawet o czyms więcej – małym biznesie. Na macierzyńskim tez mozna sie rozwijać tylko czasem ze zmęczenia padam. Miałam uczyć się francuskiego, ale po kilku godzinach więcej do tego nie wróciłam